New Music Friday w sobotę. Wszystko z powodu liczby świetnych płyt, z którymi chciałem się zapoznać. Mam nadzieję, że i Ty zechcesz, bo przygotowałem mały przewodnik.

Piątek to dzień pojawiania się większości premier płytowych, tak jak to dzieje się z filmami wchodzącymi do kin. Zawsze pojawia się sporo albumów, ale, odkąd wprowadzono w życie New Music Fridays czyli 10 lipca 2015, nie pamiętam, by zdarzył się dzień, podczas którego chciałem przesłuchać (choćby fragmentarycznie) aż tyle wydawnictw. Serio, to był jakiś niezwykły dzień. I to nie jest tak, że tylko ja miałem problem z ogarnięciem świeżych wydawnictw. Wszyscy mieli!

Zdaję sobie sprawę, że nie samą Banks ekscytuje się świat i choć dla mnie jest to płyta półrocza, to w piątek 30 września 2016 ukazało się znacznie więcej albumów, które trzeba (wypadałoby chociaż spróbować) przesłuchać. Chcę teraz przedstawić Ci dziesięć moich propozycji i napisać, dlaczego uważam, że powinniśmy poświęcić im kilka chwil. Lub nie.

Banks – The Altar / Harvest Records

Zacznę oczywiście o przypomnienia. Jeśli szukasz dobrego (serio, nie ma się co czarować) tekstu o drugiej płycie Jill, to musisz zajrzeć do mojego tekstu. Nie jest to recenzja, a bardziej “historia płyty” z elementami krytycznymi. Kliknij tutaj, albo w zdjęcie.

banks-the-altar-coverart

Przejdźmy teraz do innych albumów, bo jest ich istne zatrzęsienie. Na początek zajmę się tymi, które już przesłuchałem i wyrobiłem sobie o nich jakieś zdanie.

Albumy, z którymi już się zapoznałem

bon-iver-22-a-millionBon Iver – 22, A Million / Jagjaguwar

Justin Vernon zebrał swoją ekipę i zaczęli eksperymenty. Jeśli jesteś mocno przywiązany do For Emma, Forever Ago (2008) albo nawet Bon Iver (2011), nie będzie to album dla Ciebie. Vernon i Kanye West to teraz Bros/Buddies/BFFs, oznacza to sporo autotune’a, sampli i dziwnych zabiegów. Włączając w to nazwy utworów. Ale…

Posłuchaj “22, A Million” na Spotify

Po pierwszym przesłuchaniu “22, A Million” moje ciało zareagowało niczym organizm przy odrzucie przeszczepu. Zachwycony “33 “GOD”” doświadczyłem sporego rozczarowania konstrukcją i brzmieniem albumu. Jednak, gdy ułożyłem się wygodnie na łóżku, założyłem słuchawki i poświęciłem płycie trochę czasu, dostrzegłem jej magię. Zabiegi niesłyszalne na pierwszy rzut ucha, to naprawdę klasa światowa. Najbardziej w pamięć zapadł mi “22 #Strafford APTS”. Bon Iver w drugiej zwrotce rozszczepia tekst, tak, by w kanałach stereo (lewym i prawym) pojawił się inny tekst.

Przejdź do 1:35 i słuchaj.

Threw the meaning out the door
(Now could you be a friend)
There ain’t no meaning anymore
(Come and kiss me here again)

Dodatkowo, na końcu tego utworu postanawia pobawić się przesterowanym wokalem, odcinając to, co wyszło poza skalę. Dzięki temu dostajemy efekt poszarpanego, zrywanego dźwięku, któremu towarzyszy bardzo emocjonalne rozwiązanie napięcia. A takich smaczków jest więcej! Nadal zawodzą mnie “715 – CRΣΣKS” i “___45___”, ale reszta wymiata!

francis-and-the-lights-farewell-starliteFrancis and the Lights – Farewell, Starlite! / KTTF Music

Wspomniałem już Bon Ivera i Kanye Westa, nie może więc zabraknąć ich trzeciego ziomka – Francisa. Farewell, Starlite! to debiutancki krążek, doświadczonego muzyka Francisa Farewell Starlite’a. Tak, muzyk wykorzystał swoje nazwisko (lub middle name + surname), by nadać albumowi nazwę.

W tym roku zrobiło się o nim głośno za sprawą wideo do singla “Friends”. Nie zgadniesz dlaczego!

Posłuchaj “Farewell, Starlite!” na Spotify

Po fenomenalnym kawałku, featuringu Justina Vernona i tańczącym Kanye oczekiwania wzrosły do ogromnego poziomu. Ale nasz Frank niespecjalnie się przejął, bo jego album można było przedpremierowo posłuchać (nadal można) i POBRAĆ na farewellstarlite.com.

Czy w takim razie, przy tym szumie i podsycaniu atmosfery, płyta Farewell, Starlite! jest dobra? Oj, zdecydowanie. Jeśli lubisz połączenie najbardziej prominentnych nurtów przełomu lat 80. i 90. (soft rock, synth pop z elementami rocka) z nowoczesnym podejściem produkcyjnym i odrobiną szaleństwa, to będziesz zadowolony. Ja jestem!

Zdarzają się przeszarżowane momenty, w których Francis pozwala sobie na zbyt dużo, ale dla takiego “Can’t Stay Party”, w którym brzmi jak młody Phil Collins, można mu to wybaczyć.

regina-spektor-remember-us-to-lifeRegina Spektor – Remember Us To Life / Sire Rec. & Warner Music

Gdybym nie napisał, że płyty Reginy w jakiś sposób mnie ukształtowały, pokazały, jak można tworzyć piękne i spójne, trzyminutowe historie, zataiłbym prawdę o moim stosunku do Amerykanki rosyjsko-żydowskiego pochodzenia. Uwielbiam ją odkąd pierwszy raz usłyszałem “Hero” i “Us”, a później sięgnąłem po Far czy Soviet Kitcsch. Jednak świat się zmieniał, a ja dorastałem. Przy What We Saw From The Cheap Seat (2012) byliśmy już dla siebie dawno niewidzianymi znajomymi, a Remember Us To Life jest niestety dla mnie tylko wspominką po tym, co było kiedyś.

Na razie słuchałem płyty tylko dwukrotnie, ale już wiem, że nie będę do niej często wracał. Regina trochę utknęła w poprzedniej dekadzie. I ja nie twierdzę, że powinna diametralnie zmienić styl, ale poszukać nowych rozwiązań. Rozumiem, że tworzy muzykę dla konkretnego słuchacza, tyle, że nie słyszę zbyt wiele z magii, która mnie owładnęła. “Bleeding Heart” zwiastowało coś nowego, pokazywało także, że nadal można pobudzić uwagę klasyczną formą. Tylko, że albumie jest tego niewiele.

Posłuchaj “Remember Us To Life” na Spotify

Urzekły mnie “Grand Hotel” i “Sellers of Flowers”, bo pokazywały to, co uwielbiam u Spektor najbardziej – wiedzę i umiejętność pisania przejmujących tekstów, które są jednocześnie opowieścią. Ale reszta? Mój entuzjazm został mocno ostudzony.

Albumy, które chcę przesłuchać

plyty-30092016

Thomston – Topograph / Z Thomasem Stonemanem znamy się chyba od samego początku. Pierwszy raz napisałem o nim w 2014 i od tamtego czasu regularnie wydawał naprawdę przyzwoite kawałki. Był nawet w Polsce, jego koncert podczas Soundrive Fest 2015 został dość dobrze przyjęty. Soulowy, lekko chropowaty głos i połączenie future-RnB z synthem. Można odpaść, mam nadzieję, że tak będzie.

Solange – A Seat at the Table / Znam Solange Knowles (zbieżność nazwisk z Beyoncé nie jest przypadkowa, to siostry), ale z racji jej długiej przerwy, ostatni album długogrający wydała w 2008, nigdy nie poznałem jej dokładnie. Teraz mam szansę, bo A Seat at the Table to album, który był polecany w wielu miejscach. Soul z elementami etnicznymi i delikatnym wokalem może być ciekawym doświadczeniem.

Nicolas Jaar – Sirens & Nymphs / Nico jak zwykle ma milion pomysłów na minutę. Mixtape, radio internetowe, dwa albumy. A to tylko jeden miesiąc. I choć solowa twórczość Jaara nie należy do najprzyjemniejszych i najłatwiejszych, bardzo chętnie sprawdzę co stworzyła jaźń tego muzycznego geniusza.

Tycho – Epoch / Do elektronicznego ambientu mam awersję po koncercie Floating Points na Tauronie, ale Tycho jest raczej pewniakiem w tej kwestii. Czwarty album studyjny Amerykanina może okazać się przyjemnych przeżyciem. W małych dawkach.

Slaves – Take Control / Nie jestem wielkim fanem punku i tego, co teraz powstaje na jego zgliszczach (może z małymi wyjątkami), ale fascynuje mnie to, jak z tym gatunkiem radzą sobie Slaves. Duet, w którym wokalista prowadzący gra jednocześnie na perkusji. Rzadkość, a potrafią zadziwić. To ich trzecia płyta i być może znajdę na niej coś interesującego.

Pixies – Head Carrier / Legenda indie rocka, do której nie mam wielkiego sentymentu. Nie wiem nawet za bardzo, co działo się u nich przez ostatnie lata. Co nie znaczy, że nie dam tej płycie szansy. Nie oczekuj jednak ode mnie, że się w niej zakocham.

To moje propozycje i szybkie, ale chyba wprawne omówienia. Mam nadzieję, że pomogłem przybliżyłem lub przypomniałem. Daj znać, której płycie Ty poświęcasz w tym tygodniu najwięcej czasu.

Ja czekam już na pierwszy, październikowy piątek. Muzyczna jesień zapowiada się naprawdę gorąco.