Donald Trump jest już prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jak na tę wieść reagowali muzycy? Politycznych aktywistów w sztuce będzie przybywać, takie mamy czasy. Kto i w jaki sposób, postanowił dopiec nowemu przywódcy USA?

W piątek, 20 stycznia 2017 roku, Władimir Putin Donald Trump został zaprzysiężony na 45. prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Biznesmen, multimiliarder, kandydat Partii Republikańskiej, który nawet w szeregach organizacji nominującej go do wyborów prezydenckich, nie miał jednogłośnego poparcia. Stany Zjednoczone, oraz kraje całego świata, na które to wydarzenie będzie miało realny wpływ, przygotowywały się na nadejście tego momentu od 8 listopada 2016, czyli dnia wyborów.

Przygotowywali się także ludzie mediów, świata rozrywki, filmu czy muzyki. Oczywiście, każdy na swój sposób. Nieliczni popierają nowego prezydenta (zagubiła się nam Nicole Kidman, choć ostatecznie wycofała okrakiem), większość poddaje pod wątpliwość walory człowieka, nie – wykształconego polityka, który ciągle kłamie, bardzo często zachowuje się jak rozkapryszone dziecko, nie szanuje nikogo poza sobą, i którego populistyczna retoryka sięga głęboko przemówień dyktatorów.

Tutaj zajmiemy się wyłącznie działaniami muzyków, bo przecież one nas obchodzą najbardziej. Oczywiście nie unikniemy wydźwięku politycznego, nie da się, ale będziemy dawać upust swojemu niezadowoleniu (lub słuchać niezadowolenia innych) z klasą! Prawie za każdym razem.

Nie pojawią się tutaj wszystkie utwory stworzone w celu zaprotestowania przeciwsko prezydentowi Trumpowi, jest ich zdecydowanie zbyt wiele. Nie wszystkie reprezentują także ciekawe walory muzyczne. Wybrałem kilka, które opowiadają o niesłowności i manipulacjach głowy USA, a także o jego stosunku do mniejszości, egzekwowania równouprawnienia, czy też snują wizje, jak za kilka lat może wyglądać kraj pod rządami pomarańczowego wodza.

Artyści zaczęli wyrażać swój sprzeciw, jeszcze zanim doszło do ostatecznego. Death Cab For Cutie opublikowali “Million Dollar Loan”, gdy poinformowano o nominacji dla Donalda Trumpa z ramienia Partii Republikańskiej. Utwór odnosi się do przemówienia z New Hampshire, w których obecny już prezydent stwierdził, że każdy może być jak on – doszedł do wszystkiego ciężką pracą, jedynie pożyczając milion dolarów od swojego ojca, na rozkręcenie biznesu. Tylko tyle!

Piosenka ta zapoczątkowała “30 days, 30 songs”, projekt, który publikował każdego dnia, od 10 października 2016 do dnia wyborów, jeden utwór nawołujący do nie popierania Trumpa. W oryginalnej wersji akcji, utwory publikowali m.in. Franz Ferdinand (posłuchaj), EL VY, R.E.M., Moby czy Cold War Kids. Niestety nie udało się zaczarować wyborców. Muzycy postanowili kontynuować akcję, zmieniając ją w “1000 days, 1000 songs” (jednak już nie tylko z utworami stworzonymi na potrzeby przedsięwzięcia). Co prawda nie pokrywa to całej, czteroletniej prezydentury, ale postawa godna pochwały. Jak się w coś wierzy, to do końca.

Jednak po “30 days, 30 songs” trzeba było coś zmienić, bo i amerykańska rzeczywistość zaczęła się zmieniać. Twórcy anty-elekcyjnego projektu połączyli siły z organizacją Secretly Group i wystartowali z “Our First 100 Days”, kampanią rozciągniętą na sto pierwszych dni prezydentury.

Startując w dzień inauguracji, codziennie publikować będą nowy lub nieudostępniany wcześniej utwór artystów takich jak: Mitski, Tory Y Moi, Whitney, How to Dress Well, the Mountain Goats, PWR BTTM, S. Carey czy Torres, zaczynając od nowości Angel Olsen. Aby otrzymywać kolejne utwory należy zasubskrybować działania akcji, wpłacając darowiznę (30$ lub więcej), która przeznaczona zostanie na organizacje zajmujące się działaniami, które Biały Dom podczas najbliższych lat będzie pomijał (LGBT, zmiany klimatyczne, wyrównywanie szans, prawa kobiet i mniejszości).

W dniach poprzedzających Inauguration Day ukazało się wiele utworów nawiązujących do Donalda Trumpa i jego prezydentury, w mniej lub bardziej bezpośredni sposób. Worek z prezentami rozwiązało Gorillaz, które nie mogło wybrać sobie bardziej odpowiedniego momentu, z perspektywy zapędów aktywistycznych, do opublikowania pierwszego utworu od sześciu lat. Pomógł im w tym fenomenalny Benjamin Clementine i razem stworzyli coś mocnego, bardzo dziwnego, z wyraźnym przed-postapokaliptycznym wydźwiękiem.

Tego samego dnia, dobę przed zaprzysiężeniem nowego prezydenta, do głosu doszło Arcade Fire, również wracające po przerwie. Piosenka “I Give You Powet” nagrana została razem z Mavis Staples, wokalistką R&B oraz gospel, aktorką i aktywistką, walczącą o prawa obywatelskie. Przesłanie, choć proste, wydaje się być ważne – artyści mówią: Jeszcze nigdy, tak bardzo istotnym nie było, byśmy trzymali się razem i dbali wzajemnie o siebie.

Tydzień związany z Dniem Inauguracji, to także przygotowania do The Women’s March, który odbył się 21 stycznia, bo jak wiemy Donald Trump ma o kobietach jak najgorsze zdanie. Jego “centralą” był Waszyngton, D.C., gdzie zgromadziło się prawie 500 tys. ludzi, ale protesty odbywały się także w wielu innych miastach USA (Chicago, NYC, Los Angeles, Seattle), Londynie, Birmingham, Berlinie czy Sydney. Według oficjalnych danych, odbyły się 673 marsze, w których udział wzięło blisko 3 miliony ludzi.

Kilka dni przed marszem ukazały się dwie kompozycje mocno sprzeciwiające się przedmiotowemu traktowaniu kobiet i podkreślające wartość tej płci. Na początku, znane z bezceremonialności siostry Casady czyli CocoRosie razem z Anohni (co wnosi także queerowy wydźwięk do sprawy) pokazały co myślą o zmianie kierunku polityki USA, za sprawą pięknego “Smoke’em Out”.

Następnie swoje dołożyła, młoda artystka Flint Eastwood, wydając “Queen”, piosenkę z wyraźnym feministycznym przesłaniem. Jak sama powiedziała, utwór powstał, gdy ktoś zapytał ją “Jak to jest być kobietą w muzyce?”. Jak wiemy, wiele mówiło się ostatnio, już nie tylko o patriarchalności muzyki, ale także cynicznym wykorzystywaniu artystek i pomiataniu nimi, na różne sposoby. Niech za przykład posłuży sprawa Kesha Rose vs Dr. Luke.

Okazało się jednak, że żadna z tych dwóch kompozycji nie była nawet w połowie tak ostra i dosadna, jak minutowy “diss” Fiony Apple, niewybrednie wypowiadającej się o Donaldzie Trumpie. W minutowym utworze śpiewa wers, nagrany na telefonie, We don’t want your tiny hands, anywhere near our underpants, a towarzyszy jej sam prezydent, za sprawą swojego niesławnego zdania “Grab them by the pussy”. Fiona Apple zagrała szach i mat.

Oczywiście nie mogło w tym tekście zabraknąć przedstawiciela młodego pokolenia czarnych Amerykanów. Joey Bada$$, ze sporą gracją, prezentuje swoje niezadowolenie i opowiada o zaprzepaszczonych latach. Dostaje się nie tylko Trumpowi, bo raper zarzucenia także Barackowi Obamie, że był dobry, ale niewystarczająco. Sorry America I will not be your soldier / Obama just wasn’t enough, I need some more closure / And Donald Trump is not equipped to take this country over

Lily Allen, jedna z największych muzycznych prześmiewczyń zastanej rzeczywistości, również zabrała głos. Posłużyła się utworem Rufusa Wainwritingha i wykonała go po swojemu, sprzeciwiając się obecnemu stanowi rzeczy. Z racji wcześniejszych dokonań, artystka łatwo staje się celem ataku ludzi, myślących inaczej. Wyraźnie widać to choćby na jej Facebooku. To bardzo smutne. Dlaczego ludzie uważają, że wolno im głosować na Donalda Trumpa, ale wokalistka (w piosence!) nie może się temu sprzeciwić?

Największy śmieszek wśród aktywnych społecznie muzyków, Father John Misty, również zechciał przedstawić nam swoją wizję przyszłości. Dlatego stworzył utwór “Pure Comedy”.

Porusza w nim kwestie nietolerancji, ludzi, którzy ślepo kroczą za przywódcami, czy to politycznymi, czy religijnymi. Szczypie nas także stwierdzeniami, że społeczeńswo jest raczej głupawe i ciągle ciągnie nas do samodestrukcji. Co na pewno jest po częśli prawdą.

Jestem przeciwnikiem Donalda Trumpa, jako osoby. Jego, i wszystkich jemu podobnych, niezależnie od tego skąd pochodzą i jakie stanowiska piastują. To, że oczy państw rozwiniętych i rozwijających się są zwrócone akurat w stronę prezydenta Stanów Zjednoczonych, nie może nikogo dziwić, bo to kraj-symbol i jedna z największych gospodarek świata.

Bardzo sceptycznie podchodzę również do prezydenta Trumpa. Amerykanie dopiero za jakiś czas odczują konsekwencje swoich wyborów. Rozumiem chęć zmian, nie rozumiem natomiast radykalizowania i zamykania się społeczności. I to mimo całego zła, które (co ważne, nieustannie od wieków!) hula po świecie.

Możemy zadawać sobie pytanie, czy taka rebeliancka postawa artystów coś zmieni. Być może absolutnie nic. Być może część, chce tylko zwrócić uwagę na siebie i swoje kariery. Mam jednak wrażenie, że muzyków słucha i zgadza się z nimi, o wiele więcej, bardziej różnorodnych ludzi, niż jakiegokolwiek światowego przywódcę. I w tym tkwi ich siła.