Premiera najbardziej wyczekiwanego przeze mnie albumu roku 2016 przypadła już na 11 marca. Jest nim oczywiście “All My Demons Greeting Me As A Friend” Aurory.

Z tej okazji postanowiłem inaczej podejść do odcinka “Płyt Roku”. Słuchanie rozpocząłem kilka minut po północy, gdy w streamingach pojawił się album w wersji deluxe (17 utworów). Ten wpis pozostanie otwarty przez najbliższe trzy dni, podczas których dodawać będę co kilkadziesiąt minut – z przerwami na sen i podobnie zbędne czynności – uwagi, spostrzeżenia i adnotacje dotyczące debiutu Aurory. Takie słuchanie live, na bieżąco, na świeżo. Sprawdzę w ten sposób, jak mój odbiór materiału zmieni się poprzez wielokrotny odsłuch. Nie ukrywam, że liczę na Twoją obecność.

Tutaj możesz zapoznać się z moimi wcześniejszymi teksami o Norweżce:

Spotkanie numer jeden i totalne zauroczenie: Mój najnowszy crush – Aurora Aksnes
Po kilku miesiącach, w dzień 19. urodzin: Nowe Dźwięki 2015 – Aurora
Pierwszy koncert w Polsce podczas Live Music Festivalu: Aurora w Krakowie
Oraz krótki tekst o ostatnim singlu przed wydaniem albumu: Conqueror

Jeśli korzystasz ze Spotify, włącz album i rozpocznij tę podróż razem ze mną.

Aurora in White

Piątek, 00:30 – pierwsze, co rzuca się w uszy, to to, że płyta jest świetnie zmasterowana. Ludzie zajmujący się produkcją w Decca/Glasstone/Universal naprawdę wiedzą jak się to robi.

Płyta rozpoczyna się od trzech wcześniejszych singli, wprowadza nas delikatnie do świata Aurory, słuchamy znajomych dźwięków i historii. Dopiero po chwili odkrywamy zupełnie nowy ląd. Wszystko zaczyna się od “Lucky”, który można było znaleźć w sieci w wersjach live, ale ta studyjna jest gładka, smukła, może odrobinę zbyt łagodna, ale piękna.

Piątek, 00:40 – pół roku minęło od opublikowania studyjnej wersji “Murder Song”, a ja nadal nie potrafię wybaczyć tego, co zrobiono temu delikatnemu utworowi. Na albumie, w towarzystwie kilku innych, mocniej zmiksowanych, brzmi odrobinę lepiej, wciska się pomiędzy, ale to nadal najsłabszy moment płyty.

Piątek, 00:47 – po studyjnej wersji “Murder Song” przychodzą “Home” i “Under The Water” i o mamo, jakie są dobre. Szczególnie druga kompozycja – bębny, wokal i te długie przejścia między zwrotkami. To spokojnie mógłby być motyw przewodni dobrego filmu.

Piątek, 0:55 – dotarłem już do części rozszerzonej. Rozpoczyna się ona od coveru “Half The World Away” czyli piosenki-coveru, która znalazła się w bożonarodzeniowej reklamie. O dziwo, to właśnie w takiej spokojnej i delikatnej aranżacji, głos Aurory brzmi najlepiej. Być może to wina późnej pory i klimatu utworu, ale w kontekście ekspozycji wokalu i warstwy produkcyjnej całego “AMDGMAAF” – utwór wyróżniający się.

Piątek, 01:05 – jedyny oryginalny utwór na drugiej części albumu czyli “Wisdom Cries” to sprawa niebagatelna. Podzielona na części, brzmiąca jak opowieść szaleńca, który nie odróżnia rzeczywistości od wytworów imaginacji. Dźwiękowo, zabójcza i ciężka, wokalnie – także niezbyt prosta. Aurora popłynęła i próbuje stworzyć symbiozę pomiędzy muzyką a głosem. Nie dziwię się, że nikt wcześniej nie wspominał o tej kompozycji.

Po pierwszym, długo wyczekiwanym przesłuchaniu, płyta sprawia wrażenie niezwykłej, skomplikowanej, wielopoziomowej. Najbardziej wyróżniają się “Under The Water” i impresyjne, dziwaczne “Wisdom Cries”. Na razie 8/10, bo oczekiwania miałem przeogromne.

Rano, oficjalnie przejdziemy do rundy drugiej. Przed snem przesłucham album jeszcze raz, ale z dala od komputera.

Pierwsze cyferki z recenzji:

Gigwise: 9/10
The Line of Best Fit: 8.5/10
Paste Magazine: 7.3/10
The Guardian Music: 3/5 (i jak tu brać ich na poważnie?)

Piątek, 09:50 – jestem po trzecim odsłuchu. Na początku stwierdziłem, że płyta jest świetnie zmiksowana, niestety w niektórych przypadkach, perfekcyjne dopracowanie wcale nie jest dobrym rozwiązaniem. Przez dłuższą chwilę nie rozpoznawałem “I Went Too Far”, bo koncertowo to żywa, radosna i spontaniczna kompozycja z uroczym refrenem. Na albumie została mocno stonowana i ściśnięta.

Piątek, 10:30 – do studyjnej wersji “Murder Song (5, 4, 3, 2, 1) dołącza “Winter Bird”. Przekombinowany, ciężki kawałek w którym jest wszystko, ale gubi się głos. Universal chciał mieć radiowy numer? Popowy, mainstreamowy podkład niszczy odbiór warstwy tekstowej.

Piątek, 11:40 – “Home” wpisuje się w nurt utworów młodych artystów z interesującym tekstem, mówiącym o czymś ważnym. I niezwykłe brzmienie. Podwajanie wokalu. chórki i przedłużanie samogłosek.

Wrapped inside a cocoon made of flesh and bones/Doesn’t really matter where you come from/We are home/I feel warm again, I’m reborn again

Piątek, 13:00 – słucham albumu szósty, albo siódmy raz, straciłem już rachubę. Ważniejsze jest to, że zaczynam czerpać z niego przyjemność i dostrzegać spójność. Oczywiście są momenty słabsze, ale całość brzmi dobrze. Na razie najcieplej myślę o “Lucky” i “Wisdom Cries”. Sporo świeżości.

Z ciekawostek: tak wygląda książeczka i karta z autografem, dołączane do specjalnych wersji albumu CD. W przyszłym tygodniu dotrze do mnie podobna.

Aurora album booklet
via twitter.com/C33Fernandez

Piątek, 16:15 – Podglądania tego co dzieje się w sieci, ciąg dalszy: DIY Magazine oceniło album na 3/5, sporo miejsca poświęcając temu, że Ci, którzy poznali Aurorę poprzez cover Oasis “Half The World Away”, umieszczony w świątecznej reklamie marki John Lewis, mogą być zdziwieni klimatem płyty. Ale czy zaskoczenie gawiedzi, która dopiero trzy miesiącu temu poznała muzykę Norweżki, powinno mieć wpływ na ocenę materiału? Śmiem wątpić.

Aurora - Warrior

Zacząłem słuchać albumu, wpatrując się w tekst utworów. Teraz jestem oddany jej i muzyce w całości. “Winter Bird” staje się piękne, a “I Went Too Far” i “Through TheEyes Of A Child” to poezja.

Piątek, 19:40 – wolny, spokojny, piątkowy wieczór. Siadam do słuchania “All My Demons Greeting Me As A Friend” przy szklance whisky. Aurora za moment zacznie koncert w Londynie (czuję się trochę jak stalker, ale wiem to, bo info pojawiło się na twitterze). Ciekawe ile jeszcze uda mi się wyciągnąć. Zapowiada się kilka przyjemnych chwil.

Entertainment Weekly ocenił płytę Aurory aż na A- (6- w naszej skali szkolnej), co jest najwyższą tegoroczną oceną, na równi z Låpsley (pisałem o “Long Way Home” tutaj) i School of Seven Bells. W recenzji pojawiają się porównania do twórczości Björk oraz wielkie zainteresowanie tekstami i historiami, które artystka w nich snuje.

Aurora - Lucky

Piątek, 20:40 – kolejna istotna rzecz, w odniesieniu do ułożenia tracklisty – wyczuć można korelacje pomiędzy utworami. “Lucky” wiąże się z “Winter Bird”, ciągle przewija się motyw dziękczynienia za życie I am lucky to be alive wersus All I need is to remember/How it was to feel alive. To samo dalej: Under the water we can’t breathe, we can’t breathe/Under the water we die (Under The Water) łączy się z I float – I know I can never drown/I see underwater now/Take your hand when I go under/I’m over and above (Black Water Lillies). To jedna, potężna opowieść. Aurora nazwała płytę “swoją pierwszą księgą z wielu”.

Aurora - I Went Too Far

Piątek, 21:45 – “I Went Too Far” to, mimo wszystko, utwór dla mnie dość wyjątkowy. Tak, usłyszałem go w wersji albumowej po raz pierwszy niespełna 22 godziny temu, ale to kompozycja, która najmocniej utknęła mi w głowie po krakowskim koncercie Aurory. Ze wszystkich nieopublikowanych wówczas kawałków, to właśnie to radosne “Gimme some love” w refrenie, wryło mi się najmocniej w pamięć. I tak, byłem tak przejęty, że nie pamiętałem o czym właściwe był ten numer. Jak dziwne i fantastyczne jest to, jak niecodzienną historię opowiada.

Piątek, 22:00 – Piątkowe zgłębianie tajemnic, kończymy na smutno. W wywiadzie dla Noisey Aurora zdradza sporo szczegółów odnośnie pracy nad krążkiem. Dość dobitnie daje do zrozumienia, że to biznes i płyta wygląda tak, jak chciały tego wytwórnie, a nie ona. Zaznacza jednak, że B-side, to jej część, gdzie wszystko znajduje się tam, gdzie powinno. Nie wiadomo tylko, czy stroną B nazywa pięć utworów wersji deluxe, czy utwory 7-12, które faktycznie znajdują się na osobnej stronie wydania winylowego.

Cały tekst: Without Darkness the world would be boring and life would be very flat.

Sobota, 13:05 – pojawiły się kolejne dwie recenzje, które, po pierwsze: wysoko oceniają płytę; po drugie: zauważają kilka ciekawych wniosków.

MusicOMH także nawiązuje do reklamy sklepów John Lewis, ale po prostu stwierdza, że nie tak brzmi prawdziwa Aurora. Przy okazji używając określenia “Nordic-Folk” i porównując Aksnes do Susanne Sundfør, co uważam za bardzo ciekawe. Bardzo lubię teksty recenzentów musicOMH, szczególnie, jeśli kończą w takim stylu: Don’t let the old man with the telescope put you off discovering Aurora (To oczywiście nawiązanie do tej, świątecznej reklamy).

NY Times, dużo miejsca poświęca wpadającym w ucho refrenom, powstałym dzięki melodyjności i tekstom, a także zwraca uwagę na dźwięki i aranże, za które odpowiadają oczywiście Odd Martin Skalnes i Magnus Skylstad, członkowie zespołu Aurory. Opisuje album jako drogę do uporania się z samotnością, stratą i śmiertelnością.

Właśnie dlatego lubię przeglądać czyjeś teksty, bo, mimo że najczęściej się z autorem nie zgadzamy, to można dojrzeć rzeczy, które umknęłyby, gdyby nie lektura.

Sobota, 17:00 – powoli będę kończył odsłuch live. Nie pojawiło się jak na razie więcej recenzji płyty, a wszystkie utwory zaczynają zlewać mi się w jedną całość. To dobrze, bo wiem już, że w każdym jest coś wartego uwagi. Ale oznacza to także, że dalsze słuchanie nie ma większego sensu. Wydaje mi się, że co chwilę pojawia się akustyczna “Murder Song”, bo mam wrażenie, że zbyt często ją śpiewam po nosem.

Na pewno wrócę do albumu, gdy dostanę w ręce fizyczną kopię albumu. Postaram się wówczas pokazać zawartość limitowanej wersji deluxe zestawu CD.

Dziękuję wszystkim, którzy zajrzeli przez te dwa dni. Nie musicie jeszcze całkowicie wymazywać z pamięci tego wpisu, bo kilka zdań podsumowania, na pewno się tutaj pojawi.

Będzie mi bardzo miło, jeśli wyrazisz swoje zdanie na temat “All My Demons Greeting Me As A Friend”, a także dasz znać, co myślisz o takiej konstrukcji wpisu. Wszak nie chodzi tutaj o recenzowanie, a poznawanie.

Dzięki. Kończymy w najbardziej oczywisty ze sposobów.

Chciałem jakoś podsumować słuchanie Live i całe “All My Demons…”, ale właściwie nie wiem jak. Bo płyta to bardzo dobra, ale, gdyby patrzyć surowo, niepozbawiona także wad. Sama Aurora o tym wspomina. Po dziesiątkach (serio, nie piszę tego na wyrost) przesłuchów, tulenia CD i kartki z autografem, wiem, że jest dla mnie płytą ważną. Po raz pierwszy od dawna tak mocno oddałem się jednemu artyście, a przecież oto w tym chodzi.

Debiut Aurory to dla mnie uhonorowanie dwóch rzeczy: jej oddania, kunsztu opowiadania historii i pierwszego etapu (na pewno bardzo udanej) kariery oraz tych niemalże dwóch lat, które “razem” spędziliśmy. A to chyba jest warte więcej nawet niż “10” od Pitchforka.

Pierwszego stycznia obiecałem sobie, że w 2016 poznam historię 52 płyt. Dowiem się jak powstawały, co sprawiło, że brzmią tak, a nie inaczej i co chcą nam przekazać. Tak narodził się cykl „Płyty Roku”.