Aurora zagrała na Kraków Live Festivalu 2015. Tylko dla niej wybrałem się w czwartek, 20 sierpnia do Krakowa. Gdy już ochłonąłem, chcę Ci o nim opowiedzieć i napisać, dlaczego był to najlepszy koncert w moim życiu.

Na to wydarzenie czekałem całe życie, nawet o tym nie wiedząc. Świadomy tego pragnienia byłem dopiero odkąd we wrześniu ubiegłego roku poznałem Aurorę Aksnes i jej muzykę. Młoda norweska piosenkarka zagrała po raz pierwszy w naszym kraju, na reaktywowanym Kraków Live Festivalu.

Nie będzie to podsumowanie festu, ani też typowa relacja koncertowa. Tak właściwie do Krakowa pojechałem tylko dla niej i teraz opowiem Ci jak było. Bo było niesamowicie, niepowtarzalnie, niewiarygodnie.

Koncert rozpoczął się punktualnie o godzinie 17:00 i obawialiśmy się, że polska publiczność nie spisze się tak jak przystało, bo na kilka minut przed “Godziną 0” w namiocie, który był festiwalową Kraków Stage, nie było zbyt wielu ludzi. Okazało się jednak, że z sekundy na sekundę robiło się bardziej tłocznoj i gdy Aurora pojawiła się na scenie wraz ze swoimi muzykami, przywitały ją gromkie oklaski.

Wyszła ubrana w białą kreację, którą chwaliła się na pół godziny przed startem występu.

Me in Poland when it's sunny. A bit nervous for today's show. Wish me luck.

A post shared by 🐺AURORA🐺 (@auroramusic) on

 

I rozpoczęła się magia. Wiele razy podkreślałem, że, jeśli uda mi się być na jej koncercie, zajmę miejsce pod samą sceną i bawił się będę jak rozhisteryzowany nastolatek, który znalazł się na koncercie swojego idola. Tak właśnie było. I wcale się tego nie wstydzę.

To był niezwykły spektakl. Aurora była bardzo skupiona od samego początku, zaczęła śpiewać i oczywiście gestykulować. Jej ręce pływały w powietrzu, jakby sama chciała stworzyć wizualizacje do wyśpiewywanych słów. Ale podczas tych sześćdziesięciu minut wydarzyło się wiele rzeczy, które wytrącały ją z równowagi i przez które pozwoliła słuchaczom doświadczyć jej uroku i klasy.

Po każdym utworze była oklaskiwana przez tłumy – gdy oderwałem się na moment od podziwiania i spojrzałem za siebie, okazało się, że cały namiot jest szczelnie wypełniony ludźmi! Jej oczy przepełniała radość, co chwilę się uśmiechała. W trakcie koncertu przydarzyły się dwie sytuacje, które pokazały z kim mamy do czynienia. To prawdziwa artystka, ale też zwykła 19-letnia dziewczyna. Gdy po burzy aplauzu zaczęła śpiewać “Under Stars”, które wykonuje już od roku, po prostu… zapomniała tekstu, okraszając wszystko mięsistym “shit”, za które błyskawicznie przeprosiła.

aurora krakow 2015

Podczas występu udało mi się naliczyć sześć utworów, które nie zostały oficjalnie wydane. Czy to oznacza, że szykuje się nowa EP-ka? A może już album?

Pojawił się także utwór na który czekałem najbardziej. Chodzi oczywiście o “Murder Song”, który Aurora wykonuje wyłącznie przy akompaniującym jej na gitarze O. Martinie, dla reszty muzyków to kilka minut przerwy. Zamyślona i prześliczna, wyśpiewałem razem z nią (tak po cichutku) każde słowo. Tutaj też nie obyło się bez małej pomyłki, rozpoczęła odliczanie od czterech, a nie jak powinna – pięciu. To jednak wyłącznie dodało naturalności tej części spektaklu.

W połowie show, Aurora wyciągnęła zza jednego z głośników nadgryzione jabłko i zaczęła je chrupać, tłumacząc, że przecież przed i w trakcje występu trzeba zjeść coś pożywnego, a to jabłko jest takie dobre! Druga część koncertu obrodziła w dwie żywsze kompozycje: jedną, nie wiem dlaczego, ale ciągle mam takie skojarzenia, w stylu Sama Smitha. Kolejną była ta, którą zamykane są wszystkie występy czyli “Conqueror”, podczas której Norweżka biega wokół swoich muzyków, tańczy i skacze w rytm perkusji. W Krakowie zrobiła dokładnie to samo.

Gdy skończyło się skakanie, a muzycy ukłonili się i zeszli ze sceny, a piekielne brawa nie spowodowały, że band wyszedł do nas ponownie, poczuliśmy małe rozczarowanie. Minęło kilka minut, publiczność się rozeszła, na posterunku została wyłącznie grupka zaczarowana przez Aurę Aurory, właściwie nie mających pojęcia na co czekają. I nagle z boku sceny wybiegła mała blond postać, ubrana na biało. Panna Aksnes przyszła, by się przywitać i porozmawiać, przynosząc ze sobą także nadgryzione jabłko. Dlaczego to istotne? Trzeba było widzieć minę Aurory, kiedy wypadło jej z ręki, i kiedy zastanawiała się czy je podnieść spoglądając na ochroniarza, który stał obok.

Nie było to długie spotkanie, zespół czekało sporo pracy, w końcu są w trasie, ale każdy z chętnych mógł przytulić Norweżkę, zrobić z nią zdjęcie i zamienić kilka słów. Jak pięknie! W tym gronie znalazłem się także ja.

Wyglądam okropnie (czyli jak zwykle), ale w końcu to zdjęcie z Aurorą, więc mimo wszystko się chwalę :)

aurora i ja

Nie próbuję nawet nikogo zwodzić, ani poprawiać – to był najlepszy koncert na jakim byłem. Nie tylko ze względu na to, że Aurora zagrała wspaniale, jest znakomitą artystką i na pewno za jakiś czas będzie na ustach wszystkich ze świata muzycznego, ale również dlatego, że na ten koncert czekałem kilkanaście miesięcy, ale doczekałem się go (obiektywnie patrząc) mimo wszystko dość szybko, a Aurora jest jedną z moich muzycznych ulubienic.

Jestem niewymownie szczęśliwy, że mogłem to przeżyć, bo właściwie dla takich chwil warto żyć. Aurora nie odwiedzi już Polski w tym roku, ale stwierdziła również, że na pewno wrócą do nas z kolejnym koncertem. To szansa dla wszystkich nieobecnych na Kraków Live Festivalu, a także dla mnie, by znów obcować z jej talentem i urokiem.

Zdjęcia dzięki uprzejmości Joanny z beat out the rhythm. Zdjęcie Kamila z Aurorą zrobiła Zapętlona Kasia.