W Proximie polały się łzy. Aurora na klubowym koncercie w Polsce

Zdjęcie: Go Ahead

Śmiech, łzy, wspólny śpiew i koncert, jaki można sobie wymarzyć. Tak było na pierwszym klubowym występie Aurory w Polsce, który odbył się w warszawskiej Proximie.

Muzyczne poczynania Aurory obserwuję z zapartym tchem od połowy 2014 roku, gdy po raz pierwszy usłyszałem „Awakening”. W swojej kolekcji mam płytę z autografem, zdjęcie z Norweżką, na którym wyszedłem dość niepokojąco, a od poniedziałku, 12 września mogę być dumny, że byłem na jej wszystkich (dwóch) koncertach w naszym kraju. To wszystko wyraźnie pokazuje, jak emocjonalnie związany jestem z młodą artystką.

Ten tekst będzie jednak czymś więcej, niż opowieścią o występie Aurory w warszawskiej Proximie. Będzie także oddaniem hołdu polskim fanom dobrej muzyki, dzięki którym, artyści odwiedzający kraj leżący nad Wisłą, tak dobrze się w nim czują.

Zastanawiałem się jak Aurora wejdzie w koncert, czy będzie jej od początku zależało na znalezieniu więzi z publicznością. Miała za sobą ostatnie, tegoroczne, festiwalowe koncerty na Bestivalu (piątek) i berlińskiej Lollapaloozie (niedziela), a w perspektywie intensywne trzy tygodnie w Europie i najważniejsze – listopad w Ameryce Północnej, dość mocno promowany przez jej management. A Warszawa – to taki ukłon w stronę Europy Wschodniej i pokazanie „pamiętamy o Was”. I o ile „Black Water Lillies” oraz „In Boxes” zostały wyśpiewa na delikatnej rezerwie, o tyle na „Warrior” puściły wszelkie hamulce. Dosłownie!

Zdjęcie: Go Ahead
Zdjęcie: Go Ahead

Aurora została przywitana przez komplet ludzi niezwykłą owacją, a gdy rozbrzmiały pierwsze dźwięki „Warrior” publiczność zaświeciła latarki i diody w telefonach i zaczęła śpiewać. Jakoś nie powala mnie włączanie lamp aparatów podczas koncertów (zwal to na mój wiek, przecież mając 24 lat, powinienem leżeć już w grobie), ale podczas głośnego śpiewania razem z wypełnionym klubem Let love conquer your mind/Just reach out for the light/I am warrior, warrior of love naprawdę miałem gęsią skórkę. Bardzo podobnie zareagowała gwiazda wieczoru, bo po zakończeniu utworu wyciekły z niej łzy wzruszenia, co skomentowała w odpowiedni dla siebie sposób, uznając, że nie wie skąd wzięła się w jej oczach ta woda.

Po tej piosence już do końca koncertu publika śpiewała razem z Aurorą. Czasami cały tekst, jak choćby przy „Runaway” czy „Running with the Wolves”, a czasem jego fragmenty („Winter Bird”, „Little Boy in the Grass”).

Pomoc w śpiewie to nie jedyne wybryki polskich fanów tego dnia. Aurora spotkała się przed koncertem z członkami fanklubu, który przekazał jej specjalnie przygotowaną flagę. Artystka obiecała, że powiesi się na ścianie w swoim pokoju w Bergen.

Na scenę, jako prezent dla artystki, powędrował także pokrowiec na telefon, bo 20-letnia piosenkarka stłukła kilka godzin wcześniej ekran swojego aparatu. Jak zareagowała na to Aurora? Powiedziała, że jest śliczny, mięciutki i ładnie pachnie, a żeby to udowodnić, dała powąchać go ludziom stojącym najbliżej sceny. So classic Aurora!

Mimo że uważam ten koncert za naprawdę udany, wyłapałem kilka szczególików, które nie do końca mnie przekonały. Bardzo przekombinowana okazała się aranżacja „Under Stars”, przeciągnięta, ze zmienionym tempem. Było to słyszalne bardzo wyraźnie. Głos zadrżał Norweżce podczas wykonywania „Under the Water” i utwór nie brzmiał idealnie, ale wszystko dość szybko wróciło do normy. Zawiodłem się także na „Murder Song”, ale wyłącznie dlatego, że numer został zagrany w wersji albumowej, której nie lubię. Cieszę się, że miałem okazję usłyszeć akustyczny odpowiednik podczas Kraków Live Festival 2015, bo to nadal mój ulubiony (obok „Wisdom Cries”, także z części deluxe) kawałek z „All My Demons…”.

Zdjęcie: Go Ahead
Zdjęcie: Go Ahead

Finałem koncertu były oczywiście taneczne harce i „Conqueror”, podczas którego artystka zaprosiła do wspólnych wygibasów na scenie dziewczyny z Lor, czyli krakowskiego kwartetu, supportującego Aurorę i jej zespół. Ładny gest, a dodatkowo powinienem nadmienić, że nastolatki z Małopolski świetnie poradziły sobie z wyzwaniem wprowadzenia publiki w odpowiedni klimat, jedynie trzydziestominutowym występem. One także nie spodziewały się aż tak gorącego przyjęcia!

Ten magiczny wieczór, podczas którego doszło do muzycznej symbiozy, zakończony został pięknym bisem. Aurora pożegnała nas swoją interpretacją „Life on Mars?” Davida Bowie’ego. Aż ciężko było opuszczać Proximę po tak cudownie spędzonych dziewięćdziesięciu minutach.

Podczas koncertu, i tuż po nim, podziękowań nie było końca. Muzycy zaskoczeni niezwykłym (naprawdę niesamowitym) przyjęciem, słali tony uścisków w stronę publiczności, a fani wiwatowali i co chwilę wybuchali falami miłości. Ciekawe, czy dałoby się spożytkować te pokłady uczuć np. zamieniając na prąd?

Potrafimy doceniać muzyków i oni naprawdę zaczynają zdawać sobie z tego sprawę, dlatego lubią do nas przyjeżdżać. Oczywiście, frazesy podczas występów, w stylu „jesteście najlepsi na świecie” to także kurtuazja, ale potrafię godzinami słuchać klipów z koncertów Aurory (oczywiście, jeśli są w dobrej jakości, nie zachęcamy do filmowania gigów telefonami, co to, to nie!), ale jeszcze nigdy nie widziałem, by mówiła tak dużo, z taką pewnością siebie, i śmiała się co chwilę. To chyba o czymś świadczy?

Ten jeden idealny koncert Aurory nie zmienił zbyt wiele, nadal jesteśmy tajemniczą, szarą plamą na bookingowej mapie Europy, którą odwiedzają najodważniejsi, ale pokazuje, jak potrafimy reagować, jak cieszyć się i jak świętować takie wydarzenia. To naprawdę rzecz rzadka. Ten koncert już za mną, ale już wiem, że kolejny, na pewno będzie wyglądać bardzo podobnie.

Warszawo, Proximo – mam nadzieję, że znów zaszalejemy 23 listopada, gdy odwiedzi nas Shura!

  • Agnieszka Osiak

    Miło czytać taką relację. Ta Aurora to musi przemiła osoba ;)
    A my w takim razie zapraszamy pod koniec listopada! ;)

    • Odnoszę wrażenie, że faktycznie jest przemiła, ale też bardzo zakręcona. Jak to artystka :) Do zobaczenia za niecałe 4 tygodnie!