The Altar, album, który miał być odpowiedzialny za rewolucję w brzmieniu Banks, okazał się orędownikiem pokojowej, choć wyniszczającej emocjonalnie ewolucji. Zmienia zupełnie spojrzenie na twórczość 28-latki, ale robi to łagodniej, niż się tego spodziewaliśmy.

Każdy radzi sobie na swój sposób z głową przepełnioną myślami – jedni wyrzucają wszystko z siebie, inni wolą odciąć się od publiki i przeżywać po cichu. Tym drugim rozwiązaniem zainteresowana była Jillian Banks, która po wydaniu debiutanckiej płyty Goddess i zrealizowaniu planów koncertowych, zniknęła z pola widzenia. Twierdzi, że musiała w ten sposób odpocząć, odnaleźć spokój, ale co najważniejsze, pewność siebie, bo artyście, który chce świadomie głosić swoją prawdę, to niezwykle potrzebne.

Historia i główne motywy zbrodni

Nazwa albumu, ogłoszona razem z okładką płyty 29 lipca 2016, pojawiła się sama. Jak mówi Banks, przyszła do niej pewnego dnia, gdy jechała przez Sunset Boulevard w Los Angeles i na poboczu zauważyła zniszczony ołtarzyk, wokół którego walały się śmieci. Mimo tego widoku, z jakiegoś powodu, nadal wydawał się święty. Wokalistka bardzo podobnie czuje się z muzyką, którą tworzy. To najświętsza rzecz, jaką ma w swoim życiu. To jej prawda, jej Ołtarz.

Droga do ołtarza rozpoczęła się 12 lipca, kiedy to pojawił się pierwszy, długo wyczekiwany singiel “Fuck With Myself”, w którym Banks przekonuje, że najbardziej podatna jest na własne sugestie, że to właśnie ona najmocniej miesza w swojej głowie. Nikt inny. Ten utwór pokazywał dokładnie, że Amerykanka nie jest już tą samą artystką, która wyśpiewywała głównie bedroom songs jeszcze dwa lata temu.

W mojej głowie, wielkiego fana soultroniki i future-RnB w wykonaniu Jillian, zawrzało – skoro pierwszy utwór zwiastujący nowy album, tak mocno ściska i przygniata do podłogi, a jednocześnie nijak ma się brzmieniowo do poprzedniego etapu, to jak wyglądać będzie The Altar i jak potężne zmiany zaszły w mentalności artystki? Odpowiedź na to pytanie na pewno nie jest prosta, bo nie może taka być. Jednak możemy już zapoznać się z całym zestawem, z trzynastoma, zdecydowanie wyjątkowymi kompozycjami.

Producenci i wspólnicy, pomagający napisać utwory z The Altar, czyli przede wszystkim Sohn, Timmy “The Terror” Anderson, Al Shux i Chris Spilfogel, pracujący z Banks od dawna, trzymali pieczę, by każdy kawałek wnosił na album coś nowego. Niezależnie od tego, czy brzmienie numeru przypominało to, co znamy z Goddess, czy było zupełnie czymś nowym. A tych nowości jest całkiem sporo.

Ciągle ta sama, ciężka, emocjonalna aura, ale co odróżnia The Altar od Banks v1.0?

Album rozpoczyna “Gemini Feed”, ale utwór różni się od tego, który znamy z wersji singlowej. Otwiera go akustyczne intro wyciągające na wierzch to, co najistotniejsze. Cztery wersy stają się mottem The Altar.

And to think you would get me to the altar
Like I’d follow you around like a dog that needs water
But admit it, you just wanted me smaller
If you would’ve let me grow, you could’ve kept my love

Pod trójką kryje się kompozycja bardzo przypominająca muzykę, z jakiej znamy Banks najlepiej. “Lovesick” to typowa pościelówa, która sygnalizuje, że nie wszystko się zmieniło. Ale to nie do końca tak. Utwór towarzyszy artystce od dawna, ba, pojawiał się już nawet na trasie związanej z debiutem. Po inauguracji warto przypomnieć, dlaczego tak uwielbiamy Kalifornijkę. Jednak nowe nadchodzi bardzo szybko.

“Mind Games” zamyka pierwszą część The Altar. Środkiem i punktem zwrotnym drugiego wydawnictwa, jest zdecydowanie “Trainwreck”. Nie mogłem uwierzyć, że to poczciwa, znana wszystkim Jill. Beat, ledwo słyszalna melodia i właściwie rapująca Jillian. Banks goes full Kehlani mode. Bez ogródek, chce zgnieść i poniżyć. I wszystko byłoby naprawdę pięknie, gdyby nie okazało się, że Banks ma pretensje do siebie.

A self-medicated handicap, so I speak to myself/And I try so hard to get his stupid deaf ears to hear/That have become illiterate, I’ve become dumb/Ya hate me, ya hate me, ya hate me

Okazuje się, że wersy otwierające ten utwór zostały napisane, gdy Banks miała 14 lat i jeszcze mało kto wiedział, że śpiewa i tworzy. Druzgocące na wielu płaszczyznach.

Przechodząc do “This Is Not About Us” nie czujemy, jakbyśmy odwiedzali starego znajomego. Mimo znanego wydźwięku, brzmienie jest zdecydowanie agresywniejsze. To ballada w stylu “Better”, które nie znalazło się na płycie.

Na “Weaker Girl” nie dzieje się za wiele. Ale to tylko pozory. Produkcja tej kompozycji do cudo. Uwielbiam bębny w stylu Phila Collinsa czy The Police, bo tworzą niezwykły klimat. I właśnie tak jest tutaj – wolne tempo, smyczki, uśpienie uwagi, aż do refrenu, gdy zmienia się wszystko. Grzeczna, smutna wokalistka transformuje swoją jaźń w pełną żalu femme fatale, krzyczącą I’ma need a bad, I’ma need a bad/Motherfucker like me, hey, hey.

Kolejna kompozycja czyli “Mother Earth” sprawia wrażenie, jak gdyby zawieruszyła się w obcym środowisku, ale to znów złudne odczucie. Prosta muzycznie, z pięknym i mocnym przekazem kończy drugi akt The Altar. Tym samym opowiada o pogodzeniu się z własnymi słabościami, bo często bywa tak, że po okresie mroku, rodzi się najpiękniejsza rzecz z możliwych. Matka Ziemia rodzi swe owoce niczym kobieta potomka. Artysta natomiast, sprowadza na świat swoje dziecko. Z którym także będzie związany na zawsze.

Nadchodzi punkt kulminacji albumu czyli tryptyk “Judas” – “Haunt” – “Poltergeist”. Cudownie powiązane utwory, oddające jednocześnie hołd tekstom Goddess. Pierwszy numer opiera się na głębokim RnB oraz rzadkim dla Banks, powolnym frazowaniu z genialnym meta-wersem Begging me for thread, I think you need to change your brain i opowiada o niespełnieniu pokładanych nadziei i odejściu. Drugi kawałek powiązany jest z powrotem kogoś, kto w przeszłości zranił i zawiódł, muzycznie wyróżniają się przyspieszania beatu już w pre-chorusie, tak, by w refrenie podsycić atmosferę nienawiści wysoko zaśpiewanymi wersetami. Stajemy się stronniczymi widzami.

Ostatnia kompozycja to wewnętrzny monolog, wyjaśniający złość i smutek pozostawiony przez tego kogoś, który ciągle wraca jak duch – “Poltergeist” jest także skomponowany w stylu Goddess, z wyłączeniem pre-chorusa, który znów pokazuje nowe oblicze Banks – stanowczej, wiedzącej, że nie powinna obwiniać wyłącznie siebie, co także słychać w agresywniejszej melodii. I tu pojawia się nawiązanie do debiutanckiej płyty, dokładniej do “Warm Water”: I’ve been getting messages from my deep waters (vs With you, I’m in warm water swimming down, 2014). Banks wie, jak nas zaczarować.

Rozwiązaniem jest “To The Hilt” z którym wokalistka miała ogromny problem. Świadomość, że musi pokazać światu tak osobisty utwór, sprawiała jej fizyczny ból. Wolna kompozycja, zaaranżowana na fortepian, przynosi uspokojenie, choć opowiada o idealnej relacji, która ostatecznie zawiodła. Idiom to the hilt oznacza “zrobić wszystko, co było w czyjejś mocy”. Czasami nawet to nie wystarcza.

Epilog odsłaniający nową prawdę

Jestem rozczarowany, że “27 Hours” to wyłącznie dodatek do cyfrowej wersji albumu. Czuję, że to idealne zakończenie, podsumowujące etap. Szanuję to, że Banks jako idealny koniec traktuje, wyniszczające emocjonalnie “To The Hilt”, ale ta kompozycja świetnie pokazuje ewolucję kultury smutku, której hołduje muzyka Banks w ogóle. Łączy stare i nowe – silny przekaz i muzyczne wybuchy agresji i ekstazy.

Nie będę udawał – dostałem dokładnie to, na co czekałem. Album idealny w swojej stylistyce. Pomost pomiędzy delikatnymi, elektronicznymi balladami na upojne wieczory i noce, a mocnymi, intensywnymi, drenującymi uczucia hymnami. Banks zdecydowanie wygrała z “syndromem drugiej płyty” i chwała jej za to. Poradziła sobie z presją, choć było to nie lada wyzwanie, co oczywiście słyszymy w The Altar na każdym kroku.

Bibliografia/ciekawe materiały związane z The Altar:

The Guardian – Banks: ‘As a woman, you have to learn how to be a boss’
Idolator – Banks Offers Her Emotions Up At ‘The Altar’
Time – How Banks Found Her Voice on Her New Album The Altar
Stories Behind The Songs – Banks – Waxing Dark Poetics