Często zaniedbujemy rockowe projekty w których ważne role odgrywają kobiety, dlatego ten wpis poświęcimy tym, tworzonym wyłącznie przez panie.

Ten tekst dedykowany jest wszystkim tym, którzy uważają (bo właściwie mogą), że na blogu pojawia się mało gitarowej muzyki. Żebyś nie mógł już powiedzieć, że zaniedbuję Twojego wewnętrznego Gitarofila. Trochę ostrzejszego grania. Wiesz dobrze, że obracam się przede wszystkim wśród projektów z damskimi wokalami. Pomyślałem sobie, że można to połączyć, bo przecież często marginalizuje się muzykę rockową, gdzie frontman to kobieta. A co gdyby przygotować artykuł w którym występują zespoły rockowe tworzone wyłącznie przez kobiety? Nie wiem, przekonajmy się teraz.

Tak, tytuł nie dotyczy przypadków, gdy obok gitary stoi sobie dziewczyna i to jest to całe “połączenie doskonałe”. Ten wpis opowiada o projektach składających się z samych dziewcząt!

Przed Tobą sześć młodych lub bardzo młodych muzycznych zjawisk. Są to zarówno panie, które występują same lub swoim nazwiskiem firmują zespół, jak i duety oraz pełnoprawne zespoły. Nie jest to wpis w żaden sposób feministyczny, bo nie uważam by w muzyce, nawet tej gitarowej, walka o prawa płci była potrzebna. W tej branży jest mnóstwo świetnych kobiet, które nie muszą niczego udowadniać!

Może powiało trochę walecznością i agresywnością, ale to wyłącznie dlatego, że chcę dorównać tym ostrym dziewczynom!

Courtney Barnett

Od Australijki wziął się pomysł napisania tego tekstu. Courtney pochodzi z Sydney, teraz mieszka w Melbourne i jest jedną z największych nadziei młodego pokolenia rockowych songwriterów. W marcu 2015 wydała album “Sometimes I Sit and Think, and Sometimes I Just Sit” i ten tytuł dość dobrze oddaje klimat jej utworów i teledysków.

Świetny wokal, charakterystyczna gitara, pomysłowe teksty i moc bijąca nawet z na pozór smutnych i łagodnych kompozycji. Jej dziewczyną jest Jen Cloher, również australijska songwriterka, z którą czasami występuje. Lubię bardzo, szczególnie ten utwór.

Misty Miller

Prawdziwa punkówa – mocny makijaż, mnóstwo mniejszych i większych tatuaży, ciuchy w stylu niegrzecznej uczennicy, a to wszystko w 2015 roku i w wykonaniu 21-letniej  londynki, którą poznałem kilka dni temu.

Misty tworzy taką muzykę odkąd skończyła 16 lat i od tego czasu nie rozstaje się z gitarą. Śpiewa o wszystkim, a jej wokal jest dość charakterystyczny – lekka chrypa dodaje autentyczności i rockowego sznytu. Oczywiście inspiracjami wokalistki są niegrzeczne i niepokorne legendy: Sid Vicious czy Joy Division.

Torres

Mackenzie Scott, bo tak brzmi imię i nazwisko 24-letniej Amerykanki z Nashville, kojarzy mi się dość mocno z St. Vincent. Szczególnie w warstwie wokalnej, bo muzycznie Torres jest opcją zdecydowanie bardziej gitarową. Pierwsze szlify zbierała podczas szkolnych przedstawień i kościelnych mszy (nie mylić z czarną mszą!).

Debiut nagrała w 2013 podczas 5-dniowej sesji w studiu, a zaraz potem wydała m.in na kasecie magnetofonowej. Grała nawet wspólnie z Sharon Van Etten, pojawiając się na jej ostatniej płycie. Zachwycił się nią także Pitchfork, znany z mocnego indie rockowego zboczenia. Jej dyskografię zamyka “Sprinter” z maja tego roku, a poniższy utwór jest jednym z singli.

Girlpool

Duet dość ciekawy, bo składający się z dwóch wioseł: Cleo Tucker gra na gitarze, a Harmony Tividad na basie. Obie Amerykanki śpiewają, często dwugłosem i wychodzi im to bardzo interesująco. Jest to celowe, surowe granie lo-fi, takie odrobinę bez ładu i składu, ale wszystko mają pod kontrolą! Trochę krzyku i zachodniego zblazowania, takie retro z idealną harmonią między emocjonalnością a momentalnym zdystansowaniem. Idealny americana rock. Na koncie 7-utworowa “Girlpool EP” (najdłuższa piosenka – 2:51).

Deap Vally

Bardzo lubię ten duet nazywać “damskim The Black Keys”, no bo popatrz: Lindsey Troy śpiewa, z efektami podobnymi do Dana, i gra na gitarze, a Julie Edwards wali w gary równie dobrze co Patrick.

Te punkowo-rockowe dziewuchy są już całkiem doświadczone, grały w Europie i Japonii, czasami razem z Iggym Popem, a nawet jeśli czegoś jeszcze nie robiły, to zakamuflują to zadziornością i wielką pewnością siebie. Mają na koncie album “Sistrionix”, które wydały dawno, bo w 2013. Ostre jak brzytwa!

Hinds fka Deers

Jak zapewne wie większość mężczyzn, kobiety często wprawiają nas w zakłopotanie i dezorientacje. Tak było przez chwilę w tym przypadku. Hiszpański zespół poznałem jeszcze jako Deers, niestety z powodu istnienia zespołu o tej nazwie zostały zmuszone (oficjalnym pismem) do zmiany. Teraz to Łanie, czyli kobiety-jelenie. Zmiana miała miejsce w styczniu i jakoś mi to umknęło. Dlatego na początku, przez niedopatrzenie, w moich notatkach pojawiły się obie nazwy, jako osobne projekty :)

Band powstał w 2011 roku w Madrycie. Tworzą go cztery dziewczyny – Carlotta, Ana, Ade i Amber, które grają lo-fi i garage rocka z elementami surfu. Mają w oficjalnym dorobku pięć utworów: dwie dwuutworowe EP-ki i singiel. Zostały dostrzeżone i chwalone chociażby przez The Guardian, Pitchfork i NME.

Mam nadzieję, że jesteś choć troszeczkę sponiewierany. Wiem, że nie wszystkie projekty od razu wywracają wnętrzności na drugą stronę, ale przyznaj, że kobiety i gitarowe granie idą ze sobą w parze.