Ellie Goulding to jedna z moich fascynacji muzycznych okresu szkoły średniej. Codziennie, wracając pociągiem do domu, słuchałem choćby kilku utworów z jej debiutanckiej płyty. Dla mnie była objawieniem – łączenie folkowych ballad z elektronicznymi podkładami. Wówczas wydawało się, że „Lights” było tym, czego właśnie potrzebowałem. Ale to był rok 2010.

Co właściwie stało się od tamtego czasu? Dlaczego Elena Jane postanowiła zmienić wizerunek i muzykę? Z dziewczyny w kraciastej koszuli i z gitarą pod pachą, przeistoczyła się w seksbombę, grającą koncerty dla setek tysięcy ludzi, będącą twarzą jednej z największych firm produkującą odzież sportową.

„The Writer” z płyty „Lights” (2010)

Założenia tego bloga są dość proste – przyciągać ludzi o dobrym guście muzycznym oraz tych, którzy ciągle poszukują czegoś z czym mogą się muzycznie utożsamiać. Staram się pokazywać najlepsze, znalezione w sieci dźwięki, ale także zastanawiać się nad rozwojem biznesu muzycznego i dyskutować o kierunku zmian. Showbiznes skręca w niebezpieczną stronę i trzeba zacząć go ratować. Jakkolwiek potrafimy – od zwykłego słuchania, przez organizację wydarzeń, aż po tworzenie dobrej muzyki.

Przed rozpoczęciem pisania tekstu po raz kolejny przesłuchałem płytę „Lights” (2010) oraz drugi krążek „Halcyon/Halcyon Days” (2012/2014). Pomyślałem, że może to mój gust muzyczny uległ zmianie przez te kilka lat, a oprócz wyglądu, Ellie nadal jest tą samą postacią i tworzy podobną muzykę.

Pierwsze „auć” nastąpiło tuż przed końcem inauguracyjnego utworu z „Halcyon”. To było jak spoliczkowanie – bolesne, ale do wytrzymania. Przypomniałem sobie, jak bardzo czekałem na kolejną płytę Ellie i jak zacząłem przeczuwać nadchodzące rozczarowanie, gdy usłyszałem „Hanging On” nagranie z pseudoraperem (na miano „raper” pracuje się latami, a kogoś kto trafia do muzyki popularnej, dożywotnio pozbawia się możliwości używania tego terminu) Tinie Tempahem. Utwór jest przyzwoity i mimo wyraźnych zakusów dance-pop-cosiowych, szybko wpada w ucho – dopóki nie pojawia się w nim Tempah. Gdy już w drugim zdaniu pada „fuckin'”, wiedz, że coś się dzieje.

I mimo, że w jakiś sposób przygotowywałem się na to, że za chwilę rozstaniemy się z Ellie na dobre, w niczym to nie pomogło. Szczególnie, gdy usłyszałem zautotune’owane wycie i zobaczyłem wideo do „Anything Could Happen”.

Może trochę gubię wątek, ale co się stało? Dlaczego? Czy wytłumaczeniem jest zmiana planu działania Polydor Records, wytwórni z którą Ellie Goulding podpisała w 2009 kontrakt, spowodowana naciskami ze strony światowego giganta, Universal Music, którego Polydor jest obecnie częścią? Czy rękę przyłożyli do tego agenci, menadżerowie lub inni panowie w garniturach? A może to pomysł samej Ellie, chcącej zaistnieć w mainstreamie, wiedzącej dobrze co się teraz sprzedaje?

Niektóre utwory z płyty „Halcyon” nie są nawet przyzwoitymi utworami muzyki pop, a co dopiero mówić o nich w kontekście potencjału artystki, która w 2010 roku została Sound of Year wg BBC Radio 1.

Ja nawet mógłbym się pogodzić z tym, że wybrała taką drogę. Gdyby nie jedna sprawa: Ellie nagrywa świetnie covery utworów, które zapewne znasz i lubisz. Znakomicie się przy tym bawiąc.

To właśnie tutaj pokazuje, na co stać ją naprawdę. Nie ulega wątpliwości, że potrafi śpiewać i że jej muzyczny smak jest dość wyrafinowany. Ośmielam się czasami twierdzić, że jej wersja „Tassellate” alt-J jest lepsza od oryginalnej.

A cudny cover „All I Want” Kodaline? Czy to nie Ellie, którą chcielibyśmy słyszeć na co dzień? Ja chciałbym. Chyba nadal łudzę się, że to możliwe.

I choć nie uważam, że wszystko co robi obecnie Ellie Goulding należałoby zmienić (biorąc za punkt odniesienia mój światopogląd), bo przecież Brytyjka stara się być filantropką i edukatorką, to muzycznie chciałbym, aby wróciła do swojego wcześniejszego wcielenia.

Może to przez sentyment. Może chodzi tylko oto, bym ja poczuł się lepiej. Bo gdyby Ellie nie zrobiła takiej kariery, mógłbym mieć ją tylko dla siebie. A przecież w odbiorze muzyki chodzi przede wszystkim o intymność.