Album, który łączy muzykę filmową z melancholijnym popem / Fleurie – Love And War

fleurie-love-and-war-ep

Klasyczne wyszkolenie muzyczne oraz spore doświadczenie w pisaniu kompozycji filmowych. To właśnie na tych filarach Fleurie oparła album “Love And War”, na którym poszukuje własnego stylu.

Jeśli jesteś jedną z tych osób, które uwielbiają skryć się pod kocem i słuchać smutnej, aranżowanej symfonicznie, lub wręcz filmowo, muzyki, a najbardziej wyczekiwanym przez Ciebie albumem jesieni jest trzecia płyta Agnes Obel, to mam coś, co może nie tylko pomóc w spełnieniu najskrytszych pragnień i umilić oczekiwanie, ale nawet zastąpić nadchodzące “Citizen of Glass”. To nowy materiał Fleurie “Love And War”, już nie EP-ka, choć jeszcze nie nazwałbym tego płytą długorającą. Powiew melancholii i chłodu zamknięty w ośmiu utworach, które obfitują w pełny wokal, fortepian, partie smyczkowe i odrobinę beatu.

Artystkę, mieszkającą obecnie w Nashville obserwuję od dobrego roku, momentu w którym wydała “Arrows” EP. Wcześniej zaprezentowała się bardzo ciekawie, ale nieco zbyt klasycznie, na mini albumie “Fear & Fable” (2013). “Love And War” to osobliwe wydawnictwo, bo ciekawie robi się już na etapie konceptu. Materiał z założenia miał być bogaty w dźwięki, tak w stylu muzyki filmowej – Fleurie przygotowywała go z myślą, że, tak jak kilka jej poprzednich utworów, i te kompozycje zadomowią się jako ścieżki dźwiękowe telewizyjnych serii.

“Breathe” oraz “Sirens” znalazły się w odcinku The Originals (The CW), a “Hurts Like Hell” w serii Scream tworzonej przez MTV.

Nie był to aż tak szalony czy też wyrachowany pomysł, ponieważ Lauren Strahm a.k.a Fleurie już od jakiegoś czasu zajmuje się tworzeniem muzyki do filmów. To właśnie z tego powodu znalazła się w Nashville, wcześniej szkoląc się w pisaniu i grze na fortepianie m.in. w australijskim Sydney. Wychowana w Michigan, rozpoczynająca swoją przygodę ze śpiewem od chóru kościelnego. Artystka w swojej muzyce szuka równowagi pomiędzy klasyką, a rozrywką. Pierwsza EP-ka była bardzo surowa, na drugiej dołączyła do swojej muzyki odrobinę elektroniki i popowe melodie, a teraz, szukając własnego stylu, udała się w stronę bardziej symfonicznego brzmienia z elementami ambientu i dream popu.

Moim ulubionym utworem z całego albumu jest prawdopodobnie “Can You Here Me?”. Wszystko dzięki eterycznemu wokalowi i ciągle powracającej sekwencji bębnów, otwierającej kompozycję, pojawiającej się także w refrenie.

Lauren gra na wielu instrumentach, częściowo także wyprodukowała najnowszy album. To pokazuje, że nie jest wyłącznie singer-songwriterką, ale dość wszechstronną artystką.

Wszystko brzmi pięknie i trochę patetycznie, gdy piszę to w kontekście młodej artystki. Dobrze będzie, jeśli przekonasz się sam i dasz szansę muzyce Fleurie, bo uważam, że naprawdę warto.

  • Brzmi jak całkiem ciekawa propozycja na jesień. Notuję do dokładniejszego zbadania.