Halsey powróciła z drugim albumem “Hopeless Fountain Kingdom”, w którym znów próbuje tworzyć artystyczny świat z mitologią, historią i interesującymi bohaterami. Czy jednak model “singer-songwriterka, która przeobraziła się w sensualną femme fatale” powoli się nie zużywa? Ta płyta dostarcza kilku odpowiedzi.

Halsey bardzo bardzo gładko przeobraziła się z indie popowej singer-songwriterki w kuszącą na każdym kroku gwiazdę wielkich scen. Gdy publikowała “Hurricane” czy “New Americana”, czuło się, jaki ma plan na karierę muzyczną, ale jednocześnie nie można było oderwać się od tych melodii. Gdy w 2015 nadszedł jej pełnoprawny debiut “Badlands”, okazało się, że zadziorny electro pop z elementami millenialsowego zblazowania i apokaliptycznego nastawienia, to coś czego nam mimo wszystko brakowało. Płyta świetnie ślizgała się pomiędzy popowymi przyśpiewkami o nieszczęśliwej miłości, uzależnieniach, tragediach życiowych, a mocnymi hookami i konceptem, który starał się potwierdzić, że przystępnymi dźwiękami też można opowiedzieć coś wartościowego.

Drugi rozdział muzycznej drogi Halsey zapowiadał się niczym rozwlekłe romansidło, bez większego sensu i z nadmierną liczbą rzewnych refrenów o okrucieństwie świata doczesnego. Właśnie dlatego uważałem, że jej album “Hopeless Fountain Kingdom”, jeśli nie zmieni narracji, może w łatwy sposób przekroczyć bezpieczną granicę i stać się pretensjonalnym oraz wtórnym materiałem. I byłem niezwykle blisko.

Nowy krążek Ashley Nicolette Frangipane stoi wsparty na dwóch, ciągle chwiejących się filarach. Z jednej strony, artystka mocno zainspirowała się tragicznymi historiami miłosnymi z przemocą i okultyzmem w tle – jak sama przyznała, wizualnie najbliżej jej do filmowej adaptacji “Romeo i Julii” w reżyserii Buza Lurhmana – z drugiej jednak, ciągle chce pozostać w mainstreamie, jedynie delikatnie nawiązując do bardziej rozbudowanych brzmień. Tutaj w rolach głównych R&B i wszelkie odnogi muzyki “urban”, ale za każdym razem w towarzystwie dominującego “pop”.

Z resztą, wystarczy obejrzeć krótki materiał, przygotowany przez niezawodnych ludzi z Genius, by stwierdzić, że kreakcja albumowego świata została przesycona. Poza tym, powstała w oparciu o schemat ekspoatowany przez lata.

Luna i Solis, House of Aureum oraz House of Angelus – tarot, neony, krew, przemoc i namiętność. Czy mogę prosić o świeższe archetypy?

Halsey ma dopiero 23 lata, potrafię zrozumieć jej pasję i szczerość pomieszane z teatralnością oraz próbą zamknięcia całości w mocnej formie, która ma wywrzeć na nas wrażenie. Nie potrafię jedynie zaakceptować tego, że, by to osiągnąć, posługuje się wyłącznie rozbuchaną narracją i garderobą za setki tysięcy dolarów.

Otwarcie HFK obiecuje nam spójną, wyjątkową i odrobinę mistyczną historię, za sprawą “The Prologue”, ale bardzo szybko wyjaśnia, że to ściema. “1000 Letters” to prosty pop, a obraz beznadziejności i świata bez miłości pojawia się dopiero interludium “Good Mourning”, w którym młodszy brat wokalistki staje się narratorem. Układ następcy “Badlands” można zobrazować działaniem wahadła – raz wychylamy się w stronę płaskich i prostych kompozycji, które ratuje tylko głos Ashley, innym razem zanurzamy się w głębokie melodie, których można oczekiwać od Syd, Tinashe, Kehlani czy Keleli.

Ciekawie zaaranżowane “Eyes Closed” czy “Heaven in Hiding” przeplatane się miernymi “Alone”, “Bad at Love” czy “Devil in Me”. Nie potrafię znaleźć środka ciężkości tej płyty. Sporo o tym krążku mówi także to, że najlepiej prezentują się utwory najkrótsze – “Lie” (2:29) oraz “Walls Could Talk” (1:42). Dodatkowo na HKF pojawia się kilku kolaborantów – Quavo i Lauren Jauregui wspierają Halsey wokalnie, a Cashmere Cat produktycjnie. Niestety dźwięki Duńczyka brzmą w “Hopeless”, jakby stworzył je Francis and the Light, a nie autor “9”.

Sporo na tej płycie usilnego tworzenia aury magicznego świata oraz zaklinania rzeczywistości, a bardzo mało konkretów. Jakby sam pomysł na tragiczną miłość członków zwaśnionych rodzin ciągle przyciągał miliony. I pewnie tak jest, ale płyta sprzeda się raczej w segmencie wiekowym 14-18, a nie wśród tych, którzy poszukują jakości, choćby tej w muzyce popularnej. Jeśli to zadowala Halsey – proszę bardzo. Mnie niekoniecznie.

Z “Hopeless Fountain Kingdom” jest trochę jak z przypływami i odpływami – raz masz całą plażę dla siebie i jest super, a raz musisz uciekać na falochron, bo nie ma ani centymetra suchej przestrzeni, zdatnej do odpoczynku. I tylko Luna wie, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi.

Na zakończenie – jeśli miałbym wybrać jeden utwór z tej płyty, który zostanie ze mną na dłużej, zdecydowanie będzie to “Eyes Closed”. Oczywiście wpisuje się w zbudowaną rzeczywistość, ale jest smutny, poruszający i Halsey wykonuje go w bardzo różnych wersjach. Choćby takiej.