Jack Garratt – Phase | Płyty Roku 3/52

Jack Garratt - Phase (Deluxe)

Złote dziecko BBC Music, na które dmucha i chucha ostatnio cała Anglia. Jak sprawdza się „Phase” na tle innych debiutów? Całkiem dobrze, choć może być znacznie lepiej.

Data wydania: 19.02.2016.
Wytwórnia: Islands Records/Universal Music
Długość: 46 minut/12 utworów, 79 minut/19 utworów (Deluxe)

Zwycięzca BBC Music Sound of 2016 i The Brits’ Critic’s Choice Award, nominowany przez brytyjskie MTV w kategorii „brand new” oraz wyróżniony przez dziesiątki magazynów i blogów na przestrzeni ostatnich dwóch lat. Jack Garratt, wydał płytę na którą czekała branża. 24-latek, a więc mój rówieśnik, który tworzy muzykę, którą tworzyłbym ja, gdybym miał do tego predyspozycje. To dlatego nie potrafię przejść obok „Phase” obojętny, nie potrafię tego materiału skrytykować, nawet jeśli dostrzegam w nim braki. Bo jego muzyka i on sam, są mi bardzo bliscy.

Zdaję sobie sprawę, że ten album nie jest idealny, być może nie jest nawet „bardzo dobry”, ale nie mogę i nie chcę napisać złego słowa o muzyce fantastycznego gościa, który przeszedł długą drogę, a nad materiałem pracował pięć lat! Przecież już sama wytrwałość zasługuje na pochwałę. Debiutem Jacka Garratta ekscytowali się właściwie wszyscy – od wielkich artystów, dziennikarzy i wytwórni, aż po maluczkich (przez niespełna dwa lata Anglik zaskarbił sobie serca także wielu Polaków). Ale faktycznie, mimo wysokiej jakości dźwięków, niedosyt pozostał, bo nadmuchiwana bańka stała się wielka, oczekiwaliśmy płyty przełomowej, a otrzymaliśmy dobry wstęp do, mam nadzieję, bardzo udanej kariery.

Percepcja krytyczna

Nie zamierzałem być tak bardzo nieprzychylny wszelakim recenzjom płyty Jacka, bo przecież należy wyciągać z tekstów lepiej piszących i znających się na muzyce ludzi jak najwięcej, ale gdy przejrzałem sześć tekstów (cztery w języku angielskim, dwa w polskim – ale znów okazuje się, że nie mamy w kraju zbyt dobrych specjalistów, więc nie będę zawracał sobie głowy nadwiślańskimi smarkami), przypomniałem sobie, dlaczego nie lubię czytać recenzentów i pisać artykułów podobnych: bo są bardzo stronnicze, tworzy się je, by wytknąć najmniejszy błąd, a ich autorzy zazwyczaj chcą poczuć się silni, władczy, dowartościować się i podbudować swoje ego.

Płycie, która jest materiałem popowym, zarzuca się czerpanie z twórczości Justina Timberlake’a, Eda Sheerana czy Sama Smitha. Album, który próbuje połączyć taneczną elektronikę z mądrym, wolnym upbeatem, dyskredytuje się za nawiązania do Jamesa Blake’a, Jamie’ego Woona czy Alexa Clare’a. Za łamanie konwencji i łączenie folku z synthem wymierza się surową karę. To samo dzieje się, gdy spojrzymy na aspekt songwriterski czy instrumentarium, które zostało użyte przy tworzeniu. Czy tylko ja widzę w tym nonsens?

Mam wrażenie, że niektórzy dziennikarze czekali dwa ostatnie lata, zapisując w zeszytach każdą kąśliwą uwagę, by móc uderzyć, gdy płyta się już ukaże i nie pozostawić suchej nitki na materiale. Bo drwienie z poetyckości tekstów i uważanie ich za cyniczne i wykalkulowane, skalibrowane wyłącznie na komercyjny sukces, jest już zagraniem bardzo dziecinnym, w przypadku muzyka, który chce połączyć mainstream z dobrym jakościowo graniem. A tak zrobił The Guardian. Natomiast Pichfork zarzuca Jackowi nadmierną ostrożność, bo podobno jest tylko kolejnym, świetnie ogranym marketingowo, tworem wielkiej wytwórni, która wpompowała wielką kasę i teraz liczy na zyski, więc artysta nie mógł się za bardzo wychylać.

Co tak naprawdę zawiodło na „Phase”?

Oczywiście jest kilka elementów, które mnie nie przekonują, ale potrafię z nimi żyć i czerpać przyjemność ze słuchania „Phase”. Przede wszystkim – zbyt wiele utworów znaliśmy wcześniej, jeśli dobrze liczę, aż 10 z 19 kompozycji (odnoszę się do wersji „Deluxe”) zostało pokazanych przed premierą lub też znalazły się na dwóch EP-kach poprzedzających LP. Jeśli chodzi o moc uderzeniową, którą również zmniejszyło nadmierne ujawnianie kawałków – jest dobrze, bo wyczekuję każdej kolejnej kompozycji, nie tracę skupienia, ale.

Ale pierwsza część płyty trzyma w napięciu, a druga sygnalizuje „Stary, możesz się rozluźnić, nie wydarzy się już nic niespodziewanego”. A szkoda.

Album nie jest jednak tak satysfakcjonujący, jak być powinien. To zarzut podsumowujący i pokazujący najwyraźniej, co sądzę o płycie. Słuchając „Phase” wiem, że to płyta dobra, ale nie jestem w stanie powiedzieć „To było to, zrobił wszystko, co zrobić powinien”. Mam nadzieję, że stanie się tak następnym razem.

A co zasługuje na szczególną pochwałę?

Zachwyciła mnie szczególnie różnorodność. Electropopowe, potencjalne hity mieszają się z folkowymi i folktronicznymi balladami, takimi jak „I Know All What I Do” czy mocniejszym „Far Cry”. Postawienie akcentu kończącego, czyli dwunaste „My House Is Your Home”, zostało wykonane fantastyczne. Akustyczne, czysto fortepianowe lo-fi, nagrane w domowych pieleszach z szumem pokoju i skrzypieniem podłogi. Pokazuje, jak dobrze Jack odnajduje się w roli słuchacza i zwykłego człowieka.

I to, co przechyla szalę na stronę zwycięstwa – projekt „Jack Garratt” to ciągle one-man-band. Przy ogromnym hype’ie i nakładach ze strony Universala, pokazuje sporą odwagę i chęć robienia muzyki po swojemu. A to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Nie jest idealnie, Jack odsłania się dość szybko i pokazuje kogo przez ostatnie lata podpatrywał. Nie daje tego odczuć wprost, a zdradza szczegółami. Garratt zakończył pierwszą Fazę swojej kariery, wydaniem dobrego albumu. Po promocji, koncertach i odpoczynku, liczę na głębsze skupienie się na sobie i znalezienie czegoś, co będzie definicją muzyki Brytyjczyka. Bo świetnie zdaję sobie sprawę, że obsypywanie utworów święcącym brokatem, którym w tym przypadku są rytmy drum’n’bass oraz martwy już dupstem, to na drugi album trochę za mało. 7/10

A czy Ty przesłuchałeś „Phase”? Co myślisz o tym albumie?

Pierwszego stycznia obiecałem sobie, że w 2016 poznam historię 52 płyt. Dowiem się jak powstawały, co sprawiło, że brzmią tak, a nie inaczej i co chcą nam przekazać. Tak narodził się cykl „Płyty Roku”.