Spodziewasz się pierwszego obrazoburczego tekstu na blogu? Nie będę wcale mówił jak jest i potępiał myślących inaczej, ale przedstawiam Ci moją wizję rzeczywistości.

Być może najbliżej mi do ideologicznego komunisty, może zwyczajnie mam w dupie wszelkie regulacje i zasady. Czyniłoby mnie to wówczas anarchistą? Rzecz w tym, że nie wierzę w mity głoszące, że ktoś tam „na górze” czuwa nad nami. Bo wcale nie czuwa. Za dużo na świecie nieszczęść by było inaczej. Że niby jakiś Niepojmowany Przez Nasze Małe Umysły Byt nas sprawdza? Ocenia i wylicza kto wejdzie do Jego Królestwa i będzie żyć wiecznie poddając nas bolesnym próbom? W takim razie to Miłosierny i Wszechmogący czy bawiący się żyjącymi i czującymi istotami sadysta?

Jeśli jednak rzeczywiście Wielkie Coś nas stworzyło, to już dawno umarło lub ma gdzieś co się z nami stanie. Taką teorię wiary mogę znieść, bo jest najbliższa temu co faktycznie dzieje się na planecie nazwanej przez ludzi „Ziemią”.

Jezus nie umarł za moje grzechy. Możliwe, że za Twoje. Moje grzechy mają właściciela, należą do mnie i tylko ja mogę się za nie oceniać i karać. Nikt czy Nic nie będzie oceniało mojej moralności, nie będzie wkładało mojego umysłu pomiędzy święte tezy, prawdy wiary czy listy reguł. Niezależnie czy to Bóg w trzech osobach, Allah, Zeus czy Świętowit.

Nie będzie.

Wiem, że część społeczeństwa potrzebuje oparcia w Wielkim Bycie, ale ja czuję, że jestem na tyle silny i niepokorny, że mogę liczyć tylko na siebie. Ewentualnie na kilku przyjaciół, którzy są przy mnie na dobre i złe. I wiem, że zaczynam śmierdzieć Friedrichem Nietzschem, ale jego teoria „portu i statku” świetnie pasuje do naszego świata, mimo że ma grubo ponad sto lat.

Do wpisu po raz kolejny zainspirowali mnie muzycy. Tym razem Tricky i Francesca Belmonte, a dokładnie ich utwór otwierający krążek „False Idols” – Somebody’s Sins. Dopiero po jakimś czasie odkryłem, że Adrian Thaws tak naprawdę wykorzystał tekst piosenki Patti Smith z 1975 roku zatytułowanej „Gloria”.

Jesus died for somebody’s sins but not mine.
Meltin’ in a pot of thieves
Wild card up my sleeve
Thick heart of stone
My sins my own
They belong to me,
People say „Beware!”
But I don’t care,
The words are just
Rules and regulations to me, me

  • M.

    Brzmi trochę jak manifest, albo jakiś protest ;)Tylko przeciwko czemu….skoro nie jest się wierzącą osobą to nikt Cię nie rozgrzesza. Nie masz też grzechów jako takich. Nikt nie chodzi za Tobą z Biblią ani nie śpiewa psalmów pod Twoim oknem, Święta Inkwizycja też jakiś czas temu sobie odpuściła. Chyba że sąd albo spór na ten temat rozgrywa się w Twoim umyśle. Błędy albo przewinienia przeciwko prawom czy regułom, to jeszcze nie grzechy….Zgodzę się, że niekoniecznie trzeba w Coś wierzyć, ani w słuszność praw, ani w boga. Ostatecznie moralność to tylko zbitek uporządkowanych zasad, zmieniających się pod wpływem różnych czynników czy czasu. Obawiam się też, że ‚Bóg, Allach i Świętowit ‚ to jedno- ludzkie pragnienie wytłumaczenia sobie sensu życia.

    • Te słowa, jak i to co już jest, i co uformuje się w mojej głowie to raczej próba odpowiedzi na pewne pytania.

      Należy zauważyć, że istnieje coś takiego jak moralność społeczna, ostatnio widać to wyraźnie na całym świecie, mimo że każdy (no może prawie każdy) widzi świat po swojemu, często poddaje lub nawet oddaje konwencjom, także w kwestii wiary. Dlatego „protest” to dobre słowo – chęć zwrócenia uwagi, czy tak trzeba i czy powinniśmy uzależniać się od czegokolwiek.

      Na manifest jestem jeszcze za głupi :)

      • M.

        pytanie brzmi, czy możemy nie uzależniać się od niczego?

        • Nie jestem anarchistą, kierujesz pytanie w złą stronę.

          Przede wszystkim powinniśmy żyć tak jak chcemy, być niezależnym od rzeczy, osób czy stanów, od których zależni być nie chcemy.

          Jedni potrzebują większej ilości drogowskazów, inni mniejszej, ale powinni mieć możliwość wyboru. Jeśli o to chodzi, to religia często ogranicza.

          • M.

            Nie koniecznie mam na myśli religię ani wszelkiego rodzaju aparaty porządku;) Bardziej takie zwykłe, ludzkie potrzebowanie kogoś, czegoś, schematy działań. Ideologia to niekoniecznie coś wielkiego, a małe elementy życia. Chyba niemożliwe jest nawet uniknięcie przesiąknięcia ideologią, tzn tak twierdzą niektórzy,Althusser czy Zizek chociażby, ale zgadzam się że rodząc się w danym układzie odniesienia, tradycji, okolicznościach historycznych, nie można zaprzeczyć że warunkuje to nasze wybory przynajmniej po części. I masz rację, że powinno się wybierać, albo przynajmniej wiedzieć że ten wybór istnieje, albo wiedzieć co na ten wybór wpływa. Religia ogranicza ale głównie tych którzy wybrali by należeć do jakiegoś kultu. Nie mówię o ludziach którzy wierzą w coś bo tak zostali wychowani.

          • Jeśli ktoś wychował Cię wedle jakichś zasad i nakazuje Ci się ich trzymać (nieważne czy się trzymasz), to jednak wprowadza ograniczenia, a więc nie różni się niczym od „wyznawców kultu”.

            A bycie dobrym człowiekiem nie jest zależne od tego czy wierzysz w istoty niematerialne, UFO czy Iluminatów. Można dawać i potrzebować zarówno będąc religijnym, jak i nie uważając (nie potrzebując) bóstwa absolutnego.

          • M.

            można;)