Jones debiutuje lekkim i wyrazistym albumem New Skin, wydanym przez 37 Adventures. Jest to materiał, który pobudzi i rozluźni, za każdym razem gdy go posłuchasz. Nie jest to jednak wydawnictwo, które zapamiętamy na długo.

Zastanawiałem się, gdzie muzycznie umieścić płytę Cherie Jones, bo “New Skin” ma swój wyraźny charakter. Najlepszym i najbardziej zrozumiałym punktem na osi (przynajmniej dla mnie) byłoby zmieszczenie jej gdzieś pomiędzy “Blood” Lianne La Havas, a “A Moment of Madness” Izzy Bizu. Materiał Cherie jest mniej zróżnicowany niż druga płyta La Havas, ale mocniej rozbudowany na tej płaszczyźnie od albumu Izzy. Rozpiętość stylistyczna Jones jest dość spora, ale opiera się na dwóch gatunkach: soulu i popie. To, że możemy uchwycić elektronikę czy brytyjskie R&B z początku dwudziestego pierwszego wieku, schodzi na dalszy plan, bo to jedynie skrawki.

Powoli zaczynam zastanawiać się, czy nie dochodzimy do punktu przesycenia tymi lekkimi, soulowymi płytami, bo od kilkunastu miesięcy artyści, szczególnie z Wysp Brytyjskich, regularnie nas nimi zalewają. A to przecież nie tylko domena pań, bo poza Izzy Bizu, Rosie Lowe czy właśnie Jones, dostaliśmy nijakie albumy Wet, Honne i Gallanta, a w kolejce czekają choćby Frances, Seramic i Rationale. Co dalej i przede wszystkim – kiedy będziemy mieli dość? Śmiesznie pisze się te słowa w kontekście tak przyjemnej muzyki, ale spójrzmy prawdzie w oczy – mieszanki soulu, R&B, jazzu z electro popem są tak wszechobecne, że nie widzę kierunku, w którym (nurt nazwany tak dla uproszczenia) soultronika miałaby się rozwijać.

Ale co z płytą New Skin?

Debiutancki album artystki ze wschodniego Londynu zaczyna się obiecująco, widać, że ktoś popracował już na etapie tracklisty. Pierwsza część usłana jest znanymi kompozycjami, które próbują nas zachęcić do zagłębienia się w świat Jones. Wita nas obiecujące “Rainbow”, kradnące bit i tempo z trip hopu, a później słyszymy znajome “Indulge”, “Hoops” i “Melt”.

Ze znanej ścieżki schodzimy przy okazji “Out Of This World” – tępy rytm kontrastuje ze zbyt bogatym refrenem, mieniącym się jak choinka, uginająca się pod ciężarem tandetnych ozdób. Czyżby singiel dla radio pluggera? Świetnie pasowałby do brytyjskich Capital FM i KISS FM. Ta sama choroba zżera “Wild” – niby wszystko jest dobrze, ale w pewnym miejscu Jones przestaje przypominać Jones, którą pokochaliśmy, dzięki pierwszym singlom. Pomieszanie z poplątaniem dopełnia “Walk My Way”, nie znalazłem niestety listy producentów i ludzi od masteringu, ale jestem przekonany, że maczali w nim palce Any i James z Honne (jak choćby przy “Melt”). Ten kawałek powinien znaleźć się na Warm On A Cold Night, nie na New Skin.

Na szczęście końcówka płyty ratuje album jako całość. W “Tomorrow Is Now” słychać wyraźne inspiracje R&B, niezależnie od tego czy Cherie wyszła od Lauryn Hill, Destiny’s Child czy Stevie’ego Wondera – opłacało się. Podobnie sytuacja ma się z “Bring Me Down”, wracamy do soulu z głębokim basem i pięknymi backing vocals, całość delikatnie przyspiesza. To moje ulubione momenty New Skin. Nie można było od tego zacząć?

Ciekawie brzmią “Waterloo” i “Lonely Cry”. To ballady, ale zdecydowanie różne. Pierwsza opiera się na klasycznych klawiszach, ale już przedostatni utwór na płycie, decyduje się pójść w bogatszy aranż. I choć trąci trochę patetycznym popem w stylu Nicole Scherzinger czy starej Beyoncé, to nadal trzyma poziom. Tytułowa kompozycja zamykająca album jest istną esencją całego krążka – chwytliwy refren i dobra melodia, pomieszana w patosem i odrobiną pretensjonalności. Gubi element duchowości na rzecz popowego zacięcia, ale jest w tym coś interesującego.

Jestem rozczarowany debiutem Jones i właściwie z tego powodu powstał ten tekst. No bo kto spodziewał się, że New Skin brzmieć będzie tak niekonsekwentnie? Że będzie na niej wszystko od czego uciekaliśmy, ale też do tego zapewne zmierzamy, jako fani takiego brzmienia. Gdzie się przed nim skryć i przede wszystkim – jak zapobiec powstawaniu kolejnych takich płyt. Płyt, przez które trzeba przebijać się kilofem, by znaleźć kilka ciekawych kompozycji.

Przekonaj się sam, jak nieporadną płytą jest New Skin poniżej.

jones-new-skin-2016