Piosenki są jak cebula i ogry – mają warstwy. A te warstwy brzmią doskonale, gdy zostaną rozłożone na kanały stereo. Załóż słuchawki i poczuj różnicę.

Muzyka stereo jest z nami od dawna, czasy monofonii czyli jednego pasma dźwięku odeszły do lamusa. Rzadko jednak wykorzystuje się pełny potencjał drzemiący w lewym i prawym kanale, często są na tych różnicach budowane jedynie chórki czy solówki. Co jednak, gdy cały utwór zbudowany jest na roszadach pomiędzy dwoma głośnikami/słuchawkami? Jak reaguje wówczas Twój mózg? Mogę Cię zapewnić, że będzie albo rozwścieczony, albo zachwycony i poprosi o kolejną dawkę muzyki warstwowej.

Po angielsku jest bardzo prosto: “layered music”. W naszym języku brzmi to odrobinę koślawo, bo w zasadzie warstwy są dwie: kanał lewy i prawy. Ale mimo różnic językowych zabieg ten nadal robi wrażenie.

Moje odkrywanie layeredów rozpoczęło się od niesamowitego przykładu. “Stay High – Habits” Tove Lo zostało przetransformowane przez Keatona Webba w sposób fenomenalny. Utwór nie tylko nabrał brzmienia stereo, co jest cechą nadrzędną tego procesu, ale także został delikatnie zremiksowany – wszystko po to by brzmieć dwutorowo, ale nie plątać zmysłów. Czy można nazwać to mashupem powstałym z jednego utworu? Wydaje mi się, że to najtrafniejsze określenie.

Oryginalne nagranie zostało niestety usunięte z SoundClouda, ale znaleźć udało mi się zamiennik.

Nie jest to jednak wcale łatwy zabieg, często po prostu kanały zostają zdesynchronizowane i to wszystko. Nie ma efektu spójności, a jedynie dwa takie same źródła, z którego jedna strona rozpoczyna się szybciej, a druga próbuje za nią nadążyć. “Producent” jest zadowolony, ale my dostajemy potworny zawrót głowy, zamiast muzycznego orgazmu.

Tak jak tutaj. Nie polecam.

To teraz posłuchajmy kilku dobrych przykładów layered music, często bez większej ingerencji w poszczególne człony utworów. Okazuje się, że jedne rodzaje utworów świetnie się nadają do takiego przerabiania, a inne już niekoniecznie.

***

Ta wersja jest bliska ideału. Celowo wydłużane/powielane są mostki między zwrotką a refrenem na jednym z kanałów, by drugi wszedł w tym samym momencie ze swoim refrenem. Znajdą się dwa momenty w których strona lewa przeszkadza prawej, ale umówmy się, w tej sztuce zdarzają się błędy, bo do prostych nie zależy.

Utwory FKA są bardzo wdzięczne do warstwowej desynchronizacji bez większej ingerencji, bo rzadko zmienia w nich tempo. Z tego powodu wyłącznie odpowiednie przesunięcie daje dobry efekt. Tak jak w tym przypadku.

Rozwarstwienie świetnie brzmi również w utworach z długimi, spokojnymi wstępami i przejściami pomiędzy zwrotkami. Tak jak tutaj.

A co się dzieje kiedy rozwarstwimy pohukiwania chóru i nałożymy obok siebie dwukrotnie ten sam męski, ale wysoki wokal? Usłyszymy duet! Bastille z ich “Pompeii” brzmią nadspodziewanie dobrze w wersji layered. To udowadnia, że najłatwiej poddać temu zabiegowi muzykę opartą o beat, ale instrumentalna daje najoryginalniejszy efekt.

Ostatnim na dzisiaj przykładem wyższości tej muzyki nad normalnymi jej wersjami jest utwór z wokalnymi samplami i dużym naciskiem na głos. Tak jak w poprzednim wypadku otrzymujemy fantastyczny duet – to tak jakby piosenkarki na scenie konkurowały ze sobą, która część widowni jest lepsza. I obu się udawało!

Bardzo interesującym zabiegiem jest delikatne odjęcie decybeli z jednej strony i wyrównywanie ich przy refrenach, by następnie zabrać z puli drugiego kanału Jest płynność, a brakuje skołatania.

Spodobała Ci się wycieczka poprzez odmęty Krainy Stereo? Wiem, że można się pogubić, ale po kilkukrotnym przesłuchaniu mózg naprawdę się przyzwyczaja i czerpie radość z tych utworów. Może dziwne, ale tak jesteśmy skonstruowani :)

Jeśli przekonałem Cię do zapoznania się z layered music i postanowisz poszperać, daj znać jakie były rezultaty tego researchu. Czekam!

A teraz zabieraj się za słuchanie.