Drugi album London Grammar nie dorównuje ich debiutowi. Nie dokonała się też na nim żadna ewolucja muzyki tria. To materiał, dzięki któremu osiągną wiele. Na razie podejmują pierwsze próby dopracowania stylistyki. „Truth Is A Beautiful Thing” to album przejściowy.

Debiutancki album London Grammar, „If You Wait”, pozostanie jedną z najważniejszych ścieżek dźwiękowych mojego życia – uwierz mi, długo zastanawiałem się, czy umieścić to zdanie w tekście – dlatego też, gdy 1 stycznia 2017, kilka chwil po północy, trio pokazało światu, w tym mi, wideo do „Rooting For You”, zarejestrowane live z udziałem orkiestry, poczułem, że dostałem piękny prezent od nowego roku – nie dość, że światło dzienne ujrzała piękna, poruszająca kompozycja, to na dodatek, musiała ona zwiastować nadchodzącą, drugą płytę zespołu, którego poczynania obserwuję od dawna, i który jest bliski mojemu sercu. Kolejne tygodnie przyniosły także „Big Picture”, „Truth Is A Beautiful Thing”, „Oh Woman Oh Man”, a także tę najważniejszą informację: Hannah Reid, Dominic Major i Dan Rothman wydają nowy materiał. To już teraz!

„If You Wait” było w 2013 roku jak orzeźwiający wietrzyk, po długich tygodniach upału. W czasie, gdy najmodniejszym na „scenie alternatywnej” był „indie pop” w stylu Foster The People i Bastille, czyli dość zabawna mieszanka popu, prostej elektroniki i elementów soft rocka, pojawili się oni – trójka 23-latków, która pomieszała synthowe melodie i łagodne gitarowe riffy z monumentalnym, niemal anielskim i operowym wokalem. Nowa jakość, która wypadała dobrze zarówno przy balladach (Wasting My Young Years), popowych utworach w średnim tempie (Hey Now, Metal & Dust), jak i tanecznie zaaranżowanych numerach (Help Me Lose My Mind).

Czy „Truth Is A Beautiful Thing” jest dobrą płytą? Oczywiście, jest. Czy „Truth Is A Beautiful Thing” będę wspominał tak ciepło, jak „If You Wait”? Teraz nie, być może dopiero, gdy spojrzę na niego za jakiś czas.

Aby „Truth Is A Beautiful Thing” zadowoliło ultrafanów, London Grammar musieli nam zaserwować podróż w kosmos. Nie zaserwowali, bo skupili się na spokojnym rozwijaniu stylu, który staje się coraz doskonalszy, jednocześnie wyhamowując i wybierając odrobinę inny kierunek – nie usłyszymy tu aż tylu chwytających za gardło kompozycji, a bardziej dodawanie kolejnych, drobnych, elementów, które mają wkomponować się w stylistykę, przy jednoczesnym pozbywaniu się tych, które według nich już się zużyły. Doprowadziło to niestety do kilku sporych wyrw w aranżacjach i zaburzonej harmonii w trackliście. Chwilami możemy poczuć się znużeni i trochę oszukani.

Londyńczyny przygotowali dla nas dwa wydania „TIABT”: standardowe, z jedenastoma utworami (kończące się na utworze tytułowym), oraz wersję deluxe, poszerzoną o siedem kompozycji. Informacja wydaje mi się istotna, bo sporo do zarzucenia mam ułożeniu i dopasowaniu piosenek.

Drogę rozpoczynamy od przepięknego „Rooting For You” – pełnego, w którym żywe smyczki są dla klimatu równie ważne, co głos Reid. Otwiera się przed nami nowy świat, do którego jesteśmy zaproszeni – pełny, kolorowy, melancholijny, ale żywy! Hannah raczy nas wersami: I’d love to always love you/But I’m scared of loneliness/When I’m, when I’m alone with you

Pierwsza część płyty, to właściwie same poznane wcześniej kompozycje – „Big Picture” w którym ciągle mam zastrzeżenia do brzmienia w post-chorusie, „Oh Woman Oh Man”, które jest jedną z najlepszych kompozycji na płycie, a także „Hell To The Liars”, które mogliśmy usłyszeć trzy dni przez premierą w oszałamiającej wersji na żywo. Z tego „znanego” wyrywa nas jedynie „Wild Eyed”, który wygrywa milion funtów za prosty, ale przejmująco wykonany refren Oh, oh/He-hell no/I am wild eyed and waiting.

Gdy przechodzimy do „Everyone Else” zaczynam jednak czuć, że ktoś próbuje zwodzić mnie za nos, i że to wszystko to dobrze zaplanowana sztuczka. klimat się rozrzedza, a głos Hannah wylewa się z każdej nuty. Bez żadnego muzycznego wsparcia. We wspomnianym utworze czysty, pewny głos pięknie współgra z bębnami oraz niezwykle rytmincznym refrenem: Everyone else knows why/Everyone else knows why/Look what you’ve done, jednak od „Non Believer” robi się coraz dziwniej – trzy muzyczne składniki, gęstniejąca atmosfera, wiele wokalnych ozdobników i rozciągane frazy, a do tego pojawiający się vocoder, wprowadzający zniekształcenie i podwojenie głosu.

„Bones Of Ribbon” rozpoczyna się delikatnie, ze słabo słyszalnym wokalem w tle i perkusją w rytmie podobnym do marszowego. Hannah nadal czaruje, ale mimo tego, utwór wydaje się pusty – nie dzieje się nic, nie ma on żadnego znaczenia, pozostała tylko skorupka. A przecież to opowieść o sile i stawaniu się niepokonanym. Punktem kulminacyjnym środkowej części, pokazującym złe ułożenie utwórów jest dla mnie „Who Am I”, które po zwrotce otwierającej, oferuje jedynie jedno pytanie, pozostawione bez odpowiedzi. I pustkę.

„Leave The War With Me” wprowadza uspokojenie i ukojenie. Wracamy do znanych schematów, które dają to, czego potrzebujemy. Nie sądzę, by ta kompozycja była często wymieniana wśród najlepszych z „The Truth Is A Beautiful Thing”, zyskuje jednak wiele, gdy słuchamy płyty w całości. Gdy spotykam się z kompozycją tytułową, mam wrażenie, że ktoś zwrócił mi oddech. Spokojny, równy, dzięki któremu mogę w skupieniu obserwować kolory, którymi operuje London Grammar i Hannah Reid.

Część dodatkową rozpoczyna „What A Day”, którą otwierają niezwykle subtelne wokalizy – ten utwór jest marginesem, pokazuje, że teraz posłuchamy nagrań demo, coverów oraz tych, które nie przystają do części głównej. W „Different Breeds” brakuje czegoś więcej w liniach wokalnych, a „Trials” zwyczajnie nie zapada w pamięć. Bardzo dobrze prezentują się za to „Control” oraz „May The Best”, które mocno przypomina muzykę z „If You Wait”. Demo „Rooting For You” pokazuje natomiast, że to kompozycja idealna, która w każdym aranżu brzmi świetnie.

„The Truth Is A Beautiful Thing” wydaje się być drogą tranzytową, pomiędzy London Grammar z 2013, a triem, które wykształci się po najbliższych trasach i promocji krążka. Są pewni i wiedzą, czego chcą, mają też śmiałość eksperymentować i mierzyćsię z oczekiwaniami oraz wypracowanymi schematami. Nie uważam jednak, abyśmy byli świadkami muzycznej ewolucji, jak zdają się sugerować recenzenci z Wysp Brytyjskich.

Dla mnie to album na tyle udany, by z ekscytacją czekać na kolejne utwory. Kilka kompozycji zostanie ze mną na długo, ale część będzie jedynie tłem, podczas słuchania całości. Patrzę w przyszłość i widzę, jak trio Hannah, Dot i Dan wpisuje się w historię brytyjskiej muzyki. Tego jestem pewien. Wiem także, że „The Truth Is A Beautiful Thing” nie będzie wymieniane jako jedno z ich najdoskonalszych dział.