Madeline Juno dostarcza nam bardzo przyjemnego popu, w sam raz na spokojne popołudnie. Posłuchaj singla “No Words” z jej drugiej płyty. Być może skusisz się na cały album.

Czasami, by nie przesadzić ze skomplikowanymi i zbyt udziwnionymi dźwiękami lub, by nie zamienić się w egzaltowanych specjalistów-palantów, potrzebujemy dobrego, smukłego, ale też prostszego brzmienia. Tak dla rozluźnienia. Najczęściej pada na przyjemny, popowy singiel lub album. Niemka, Madeline Juno, chce dostarczyć nam oba te formaty.

21-letnia wokalistka i songwriterka dość wcześnie rozczęła oficjalnie wydawać muzykę – w wieku 18 lat pojawił się jej debiut “The Unknown”, który, mimo że wydany przez Polydor/Island Records/UMG, nie odbił się większym echem. W 2016 wydała aż dwa albumy: 30 września ukazała się “Waldbrand” EP, całkowicie po niemiecku. Z niej też pochodzi bardzo przyjemny (tak, mimo języka) tytułowy utwór, co udowadnia, że interesującą muzykę, można robić w każdym języku.

Wcześniej jednak, bo już w lutym, pojawiła się następczyni debiutu, płyta “Salvation” – typowo popowy materiał oscylujący wokół delikatnych odcieni folku, electro czy R&B. Bardzo schludnie przygotowany i wyprodukowany. Do posłuchania m.in. na Spotify.

Utwór “No Words” pochodzi właśnie z drugiego krążka i został powtórnie wydany 3 lutego 2017, jako najnowszy singiel artystki. Kompozycja jest dość dobrym przekrojem przez to, co w dźwiękach Madeline najlepsze: głęboka, trochę sceniczna atmosfera, budowana w oparciu o bębny, lekka melodia, która pięknie komponuje się z czystym, delikatnym wokalem. Dorzucamy do tego odrobinę popowej elektroniki i mamy gotowy zestaw relaksacyjny. To takie połączenie London Grammar z wczesną Ellie Goulding lub Phoebe Ryan.

A wideo? Proste, przyjemne, ciekawie bawiące się kolorem. I można poobserować mimikę artystki. Sama Madeline Juno mówi o sobie, że chce opowiadać prawdziwe i szczere historie. Bardzo to ładne.