fot. Piotr Jurczak, źródło: facebook.com/majlomusic

MaJLo stworzył materiał i jest gotowy do pokazywania swojej muzyki na koncertach. Artysta z północy kraju spróbuje wkraść się do naszej świadomości i na długo w niej pozostać.

Jako miłośnik nowych dźwięków, wciąż zastanawiam się, dlaczego nie mamy w Polsce dobrze rozwiniętej sceny future-R&B/neo-soulowej. Oczywiście, dorośliśmy i od jakiegoś czasu młodzi muzycy podejmują próby działania na tych polach, podpatrując wzorce z UK i USA, ale ciągle na małą skalę. Nie ma „sceny” jako regionu, miasta, klubu lub miejsca kreatywnego, które przodowałbym w promowaniu takiej muzyki. Tak sobie myślę, że być może będą nim Trójmiasto i gdyńska wytwórnia Sounddict, a kamieniem milowym twórczość MaJLo – bo właściwie czemu nie?

MaJLo to Maciej Milewski, człowiek, który nie wziął się na scenie znikąd. Nie będę kopiował jego metryczki – wystarczy zajrzeć na facebooka, do bio na fanpage’u. Ważne jest tutaj coś innego – konsekwentną pracą kroczy do przodu: ma materiał, nie ogranicza się wyłącznie do pisania i śpiewania, współpracuje też z innymi artystami, a dużą część pracy wykonuje jego wytwórnia, która na początku swojej działalności skupiła się wyłącznie na Macieju i sądzę, że to był dobry pomysł.

W grudniu 2015 roku MaJLo wydał piękną EP-kę „Reverse”. Sześć utworów utrzymanych w niespiesznym klimacie. Dużo melodyjności, trochę sampli, smyczków, no i głos – konkretny argument. Po pierwszym przesłuchaniu do głowy przyszła mi jedna myśl – My też możemy mieć swojego Gallanta. Amerykanie nie mają wyłączności! Wysoki głos, którym świetnie gra. Nie śpiewa, nie wyśpiewuje, a gra – wykorzystuje go rozważnie i zmyślnie, zawsze wie jak i po co. Im dalej w las, tym mocniej przypominał mi Novo Amora czy Olivera Sima z The xx.

Tytułowy utwór mini albumu, „Reverse”, zawiera wszystkie elementy, które chciałbym słyszeć częściej w rodzimym alter-R&B: prosta, ale intensywna melodia, która zostawia miejsce na wokal i właśnie głos – mocny, pewny, który urzeka systematycznością, a nie ozdobnikami.

Nie będę jednak nikogo oszukiwał, zdecydowanie wolę MaJLo solo. Kompletnie nie rusza mnie, zamykające EP „Lights”, w którym swoje dołożył Ralph Kamiński. Za dużo tam „radiowości” – wciśnijmy dużo woodów (sample imitujące głuche uderzenia pustych, drewnianych rurek) i przeszkadzajek, bo przecież teraz w modzie jest Kygo, a Milky Chance też tak robili. Będzie sukces! No nie.

W kwietniu 2016 MaJLo wydał singiel „Apprehension” i tutaj słychać prawdopodobną drogę jaką obrał Maciej. Jeden zaloopowany gitarowy riff, ale rozbudowana warstwa klawiszy i synthu, kreująca klimat podobny do wcześniejszego, ale odrobinę innymi środkami. Bliżej mu teraz do ambientu i dreampopu, a muzyka przypomina brzmienie Fismolla czy nawet Bon Ivera.

Bardzo jestem ciekawy tego, co wydarzy się za moment. Prostota, przekaz i chłód jak przy „Apprehension” czy szukanie unikalnej ścieżki, dorzucenie żaru i pójście w stronę soulowych brzmień, które w początkowej fazie projektu MaJLo były dość jasnym rozwiązaniem? Te decyzje będą miały także przełożenie na rozwój samego Sounddict, któremu szczerze kibicuję. Uważam, że małe, wyspecjalizowane labele to przyszłość muzyki alternatywnej. Potrzeba ich w Polsce jak najwięcej.

„Reverse” EP oraz dwa utwory wydane w tym roku można znaleźć na Spotify, a także na SoundClodzie i YouTube, więc nic nie stoi na przeszkodzie, byś zapoznał się z muzyką Macieja.