Za moment poznasz zestawienie ulubionych albumów Pana od Muzyki, wydanych w 2016. Oto szesnaście płyt, które zrobiły na mnie największe wrażenie, i które są przy mnie cały czas.

Każdy, kto jest choć odrobinę związany z muzyką, chętnie powie Ci, które płyty wydane w tym roku były tymi NAJLEPSZYMI. Ja nie. Postanowiłem inaczej przygotować zestawienie tegorocznych albumów. Sam wiesz najlepiej, jakie płyty wydane w 2016 zrobiły na Tobie największe wrażenie, do których wracasz najchętniej i które cenisz najbardziej.

Czuję dokładnie to samo. Dlatego, zamiast wmawiać każdemu, co jest absolutnie najdoskonalsze i, że jeśli uważasz inaczej, na pewno się nie znasz, postanowiłem przygotować zestawienie 16 (bo wiesz – 2016) albumów, bez podziałów na formaty – znajdziesz tutaj zarówno albumy długogrająca, jak i kilka EP-ek, które są ze mną cały czas. Pomimo kolejnych partii wydawanej muzyki i dążenia do przesłuchania utworów z każdego zakamarka świata.

Nigdy nie miałem w planach przygotowywania zestawień z podziałem na przydzielane miejsca. Nie ma zatem żadnego zwycięzcy i przegranych – jeśli chcesz wiedzieć, który album wygrał rok według Pana od Muzyki, nie dowiesz się; jeśli natomiast chciałbyś poznać moich ulubieńców, zapraszam. Albumy zostały ułożone na liście według daty wydania.

Przygotowałem także playlistę z utworami pochodzącymi wyłącznie z tych szesnastu albumów. Możesz posłuchać jej tutaj.

Jack Garratt – Phase / 19 lutego 2016

Dla mnie, jedna z kilku najbardziej wyczekiwanych płyt początku roku. Jack Garratt, jednoosobowy zespół, który połączył swoje bluesowe korzenie, dające wyczuć się w tekstach, z elektronicznymi melodiami. Album brzmi bardzo spójnie, z kilkoma wybitnymi momentami. Był ze mną długo, choć ostatnio zaczynam zauważać, że jego brzmienie blednie. Muzyka pop zmiania się w obecnych czasach bardzo szybko.

Poświęciłem Jackowi dzień, weekend, tydzień i przysiadłem do “Phase” , by poznać jej tejemnice. Tutaj wpis o debiutanckiej płycie Garratta.

Låpsley – Long Way Home / 4 marca 2016

Czekałem dość długo na krążek Holly, ale nie spodziewałem się, że wywiąże się między nami taka relacja – o ile single bezpośrednio zwiastujące wydanie “Long Way Home”, bardzo mnie urzekły, ale nic więcej, o tyle w całym albumie zakochałem się od pierwszego przesłuchania. Jego spójność, jego klimat, przejmujące historie i aranże, które zawsze były odpowiednie. Niezależnie czy mowa o surowym i wietrznym “Cliff”, czy ciepłym i ironicznym “Operator (He Doesn’t Call Me)”. Ostatnio odpaliłem płytę na Spotify i znów nie mogłem się od niej oderwać. Do samego końca. To była pierwsza płyta, którą kupiłem w 2016.

Tekst poświęcony płycie Låpsley.

Aurora – All My Demons Greeting Me As a Friend / 11 marca 2016

Najważniejsza dla mnie płyta pierwszego półrocza 2016. Nie będę tego ukrywał, z resztą, Ci, którzy zaglądają na bloga od jakiegoś czasu, wiedzą. Debiutancki materiał młodej Norweżki nosi znamiona geniuszu, niestety przykryte przez procesy marketingowe wielkiej wytwórni, która “nadzorowała” wydawanie singli i kolejność utworów. Przełożyło się to na ogromne zainteresowanie Aurorą na całym świecie, ale także zepchnęło samą jakość na drugie miejsce. Płyta dobra, jednak niepotrzebne targana elektronicznymi konwenansami.

Na “All My Demons…” znajdziemy wszystko, za co pokochaliśmy Aksnes – piękne, często dramatyczne teksy, wokalny kunszt i współczesne brzmienie. W weekend wydania, przesłuchałem płytę chyba ze dwadzieścia razy.

Relacja z odsłuchu live albumu Aurory.

To była pierwsza płyta, jaką zamówiłem w roku 2016. CD w wersji deluxe z specjalną książeczką z tekstami oraz autografem Aurory.

Kill J – Quasi EP / 11 marca 2016

Zawsze, gdy słyszę Kill J, muszę zatrzymać się na chwilkę i wsłuchać w ten niezwykły głos. “Quasi” to jedna z niewielu tegorocznych EP-ek, która zasłużyła, by pojawić się w tym zestawieniu, bo to mini album znakomity. Składający się z sześciu utworów, ale tak dobrych, że wybaczam Dunce, wydanie jedynie 21-minutowego materiału. Od początku do końca bezbłędny: mocny brzemiowo, z cudownymi wokalnymi ozdobnikami oraz kilkoma zatrważającymi tekstami. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej, zajrzyj tutaj: Rozkładanie Quasi na czynniki pierwsze.

Jessy Lanza – Oh No / 13 maja 2016

Druga płyta Kanadyjki to mój album początku lata. Subtelna i zmysłowa muzyka, cudowny wokal i mieszanka synthu w stylu vintage ze współczesnym podejściem produkcyjnym. Jessy Lanza to typ artysty, który lubię najbardziej – zawsze stawia na swoim, nikomu nie ulega, właściwie wszystko robi sama, a dodatkowo nie stara na siłę wyszukiwać mega hooków, co nie znaczy, że nie znajdziemy ich na “Oh No”. To nienachalny i na pozór prosty zestaw dźwięków, od którego jednak ciężko się oderwać. Kilka słów o płycie Jessy.

“Oh No” trafiło do mojej kolekcji na winylu. Zakupiłem go, całkiem przypadkiem, podczas festiwalu Tauron Nowa Muzyka.

Fakear – Animal / 3 czerwca 2016

Francuz zaczarował mnie “Sheer-Khan” (zdecydowanie inspirowanym Shere Khanem z “Księgi Dżungli) i pokazał mi, że muzyka bez pełnych, żywych partii wokalnych też może przyciągać i robić duże wrażenie. Ale “Animal” to nie tylko “instrumentale” – na płycie pojawiają się przecież Rae Morris, Andreya Triana i Deva Premal, które nadają wyrazisości tam, gdzie to najbardziej potrzebne. Pierwsza płyta Théo La Vigoureux to sporo świeżości dodanej do znanych schematów. A żebyś tylko wiedział jak Fakear wypada na żywo! Nawet jego DJ sety kipią energią i bujają publiczność. Przekonałem się o tym na tegorocznym festiwalu TNM.

Dwa akapity dotyczące debiutanckiego LP Fakeara.

Blood Orange – Freetown Sound / 28 czerwca 2016

“Freetown Sound” to materiał wyjątkowy z wielu powodów. Nie tylko jego brzmienie odbiega od obecnych norm, ale chce także poruszać tematy ważne i to w sposób bezpretensjonalny (Alicii Keys nie udało się od tego uciec). Do tego Devonté Hynes to postać bardzo barwna i szanowana w muzycznym środowisku, czego dowodem jest ilość i jakość gości pojawiających się na płycie. Nelly Furtado, Debbie Harry, Carly Rae Jepsen, Empress Of, Kesley Lu – to kobiety, które odegrały znaczące role przy tworzeniu “Freetown Sound”. A ten sound, to naprawdę coś bardzo dobrego.

Jedno-dwa zdania o nowym krążku Deva Hynesa.

Shura – Nothing’s Real / 8 lipca 2016

Jeden z najlepszych albumów pop 2016 roku (piszę to z pełną odpowiedzialnością), a także jeden z dwóch najbardziej wyczekiwanych przeze ze mnie krążków drugiego półrocza. Idealnie przemyślany i wyprodukowany, właściwie bez słabych punktów, a zarazem z kilkoma utworami, które mogłbyby stawać w szranki o miano hitu. Hitu lat 80., 90., 00. oraz tych obecnych.

“Nothing’s Real” odtwarzałem bez przerwy przez dobre dwa tygodnie, tylko momentami znajdując czas na coś innego. To drugi tegoroczny album, na temat którego, opinię wydawałem na bieżąco, podczas odsłuchu live. Mam w swojej skromnej winylowej kolekcji, podwójne LP debiutanckiej płyty Shury – bardzo ładnie wydany materiał.

SOFI TUKKER – Soft Animals EP / 8 lipca 2016

Gdy nominację do Grammy dostajesz za utwór ze swojej debiutanckiej EP-ki, oznacza to, że robisz muzykę dobrze. Duet Sofi Tukker to jeden z moich tegorocznych faworytów, jeśli chodzi o nowe projekty. Podpisani z Ultra Records, labelem kojarzonym z mocniejszą muzyką klubową, udowadniają, że w elektronicznych dźwiękach ciągle drzemie sporo możliwości.

“Drinkee” otrzymało nominację do The Grammy w kategorii “Best Dance Recordings” i już to pokazuje, jak dobrze wyprodukowane są utwory Sophie i Tuckera. “Soft Animals” to aż sześć takich kompozycja, każda następna ciekawiej przygotowana.

Kilka słów o szalonym debiucie duetu, a także o dziwacznych teledyskach, z których słyną.

NAO – For All We Know / 29 lipca 2016

Jeśli debiut Shury jest jednym z najlepszych albumów pop tego roku, to pierwsza płyta Nao zdecydowanie należy do czołówki w kategorii future-R&B. Tak spójnego brzmieniowo, a jednocześnie tak różnorodnego, dzięki różnym szczegółom, materiału próżno szukać wśród tej stylistyki w ostatnich dwunastu miesiącach. Piękny, eteryczny, ale momentami dość sugestywny i chętnie bawiący się konwencją. Audio-notatki w marnej jakości – są, brytyjskie R&B z początku wieku – jest, międzygatunkowe elementy wzbogacające – obecne, kilka świetnych kolaboracji – również w pakiecie.

Piekielnie dopracowany i pełny dźwięk znajduje się w każdej minucie “For All We Know”. Nie da się prześć obok obojętnie. Napisałem o debiucie Brytyjki w kilku krótkich zdaniach już wcześniej.

Tash Sultana – Notion EP / 23 września 2016

Zastanawiam się, co jeszcze mogę napisać o mojej ulubionej EP-ce tego roku. Tash Sultana to dla mnie największe objawienie tego roku, co ciekawe, największe media europejskie i północnoamerykańskie zdają się być mało zainteresowane tą artystką. Do dzisiaj zastanawiam się jak na nią trafiłem.

Piękny, lekko szorstki wokal, umiejętność gry chyba na każdym dostępnym instrumentcie i wiele życiowych doświadczeń. To składa się na piękno “Notion”, debiutu 21-letniej Australijki. Cztery uwory w jakości studyjnej, każdy z nich wyjątkowy, oraz dwa klipy z koncertu, które oddają dzikość i entuzjazm jej live gigów. Doskonałość.

O EP-ce i samej Tash przeczytasz w osobnym tekście.

Banks – The Altar / 30 września 2016

Banks udowodniła drugą płytą, że sukces jej łóżkowych dźwięków nie był wyłącznie spowodowany sprzyjającymi warunkami panującymi w przemyśle muzycznym i modą, a jednak początkiem drogi, na której każdy rozdział wnosić będzie coś nowego. Brzmi bardzo wzniośle, ale do kogo pasować ma taki ton, jeśli nie do 28-letniej Jillian Rose Banks?

“The Altar” to owoc dość ciężkiego okresu, o którym wokalistka mówi z trudem, ale bez oporu, bo uważa, że artysta nie jest ponad innymi ludźmi. Nowe wydawnictwo Kalifornijki to krążek na który czekałem mocno i o którym pisałem już długo. Chętnie dodam tylko jedno – od 30 września niewiele się zmieniło, ciągle chętnie sięgam po “The Altar”, ostatnio także w postaci fizycznej, na winylu, który dołączył do mojej biblioteczki muzycznej.

Drugiej płycie Jillian Banks poświęciłem jeden z najobszerniejszych tekstów w historii bloga.

Bon Iver – 22, A Million / 30 września 2016

Sam nie do końca wiem, dlaczego ten album się tutaj znalazł. Trzecia płyta projektu Justina Vernona generuje we mnie tak niejednoznaczne emocje, że co chwila do niej wracam, czasami nawet niezamierzenie. Co sprawia, że jest taka elektryzująca?

30 września, w dzień premiery “22, A Million” napisałem, że nie do końca czuję te kompozycje, że są momentami bardzo przekombinowane i chcą bronić się wyłącznie fantazyjnymi konceptami, które nie zawsze działają. Ta opinia bardzo wzburzyła kilka osób. Ale ja nadal podtrzymuję te słowa. Jednocześnie podkreślając, z uporczywością maniaka, że “33 “GOD”, “22 OVER S∞∞N” czy “29 #Strafford APTS” to prawdziwe mistrzostwo w kategorii “piękne, acz pokręcone”. Ta polaryzacja, gmeranie w głowie słuchacza i powodowanie, że co chwilę zmienia opinię, to zdecydowanie siła albumu, który chciał być przełomem, ale czy nim będzie? Ostateczny werdykt będziemy mogli wydać, patrząc na album z dystansu. Kilku lub może nawet kilkunastu lat.

Solange – A Seat at the Table / 30 września 2016

Jedna z najprzyjemniejszych płyt 2016 roku, tak po prostu. Nie musisz znać twórczości Solange, nie musisz nawet wiedzieć, jaką muzykę tworzy. Włączasz “A Seat at the Table” i wsiąkasz, czerpiesz z niej całym ciałem. Przenosisz się tam, gdzie Solange chce, byś się przeniósł. Knowles robi ze mną to, czego nie udało się w tym roku jej starszej siostrze, Alicii Keys czy momentami nawet Blood Orange – wierzę w ten klimat całkowicie, czuję, że to wyłącznie czysta, prawdziwa dusza artystki, przemieniona w dźwięk.

Na płycie usłyszymy świetnie znanych Lil Wayne’a, Samphę, Kelly Rowland i Kelelę, którzy przynoszą ze sobą drobiazgi, ale pozwalają nam poczuć się jeszcze pewniem w tym świecie, opowiadającym o kulturze czarnoskórych Amerykanów i ich zmaganiach z rzeczywistością.

Akapit o płycie Solange.

Taco Hemingway – Marmur / 2 listopada 2016

Zdziwiony, co? Ja trochę też, ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że Filip Szczęśniak dorósł, i to nawet nie jako artysta, ale jako mężczyzna. Już “Wosk” wydawał mi się, jakiś taki bardziej interesujący od poprzednich EP-ek, dojrzalszy. I jasne, być może lubię “Marmur”, bo to historia opowiadana przez mojego rówieśnika – dużo na tym albumie obaw i zastanawiania się, gdzie byłby teraz, gdyby nie te, konkretne wybory, a przecież “my” – ciągle milenialsi, ludzie w mid-twenties, zaczynamy dokonywać pierwszych podsumowań życia.

Słuchanie “Marmuru” rozpocząłem od “Żyrandolu”, bo pojawia się tam głos Kasi Kowalczyk z Coals, ale szybko przeszedłem do całości. I z każdym przesłuchaniem odkrywam tam coś nowego. Poza tym, tego materiału nie można słuchać na wyrywki, bo to historia z początkiem, środkiem i końcem. Bez ewidentnego morału, ale przecież takie jest to nasze życie. “Marmur” to moja ulubiona “nocna płyta” 2016 roku.

Childish Gambino – “Awaken, My Love!” / 2 grudnia 2016

Trzecia płyta Donalda Glovera zebrała tak zróżnicowane oceny, jak chyba żadna w tym roku. Od peanów ze strony kolegów muzyków, po umiarkowane poklepywanie po plecach stonowanych recenzentów, aż po zarzuty, że “Awaken, My Love!” to pure Funkadelic cosplay (taki zwrot pojawił się w recenzji Noisey, ale akurat po nich nie spodziewałem się niczego innego) od tych, którzy lubią żyć na krawędzi. Ale muszę przyznać, że mimo ewidentnych przestojów w połowie tracklisty, to moja ulubiona płyta zimy.

Nie mam wątpliwości, że Gambino wygrał już na starcie promocji albumu, wybierając “Me and Your Mama” i “Redbone” jako utwory, które ujawni przed premierą. To najlepsze kompozycje na płycie. Ale oprócz nich są świetne “Zombies”, “Terrified” czy “Baby Boy”. I to właśnie dzięki temu ostatniemu cały projekt nabiera sensu, bo choć sam Glover nie powiedział tego wprost, płyta została dedykowana jego pierwszemu dziecku, co sugerują wydają się potwierdzać niektóre tytuły kompozycji. Jeśli szukasz albumu orzeźwiającego, po całym roku przebijania się przez albumy mocno zagnieżdżone w kulturze XXI wieku, “Awaken, My Love!” to idealna odskocznia.