1. Lorde – Melodrama

16 czerwca / Universal Music

Nie ukrywam, że zwyciężczyni mogła być tylko jedna. 2017 to dla mnie przede wszystkim rok powrotu Lorde. “Melodrama” to kompletna płyta pop – można przy niej tańczyć, wspominać młodość, wzruszyć się, zatęsknić, a także mocno nakręcić. Czego chcieć więcej?

Yelich-O’Connor wyrasta nam na silną i mądrą kobietę, choć od początku ciążyła na niej wielka presja – bycia najlepszą, najszybszą, najbardziej wpływową. “Melodrama” to płyta inna niż “Pure Heroine”, choć powiedzmy sobie szczerze, czuć, że Nowozelandka z debiutu ciągle jest gdzieś w środku tej naszej zaradnej i (prawie)dorosłej Elli. Gdy pojawiło się “Green Light” byłem zadowolony, choć chciałem więcej. Później było zupełnie nowobrzmiące “Liability”, a później “Sober” oraz “Perfect Places” i wiedziałem, że to będzie coś wielkiego, na co warto było czekać.

Gdy tuż po północy 16 czerwca 2017 zabrałem się za słuchanie “Melodramy” nie mogłem uwierzyć, jak wiele dobrego może mieć do zaoferowania ten stary, trochę znarniały pop. Z pomocą m.in. Jacka Antonoffa, który miał największy wpływ na brzmienie albumu ze wszystkich producentów, Lorde nagrała album, do którego wracałem całe lato, całą jesień, a i teraz słuchać do bardzo regularnie. Tylko tak sobie myślę – jak duża będzie presja, gdy Ella zacznie pracować nad kolejną płytą? Liczę, że zaskoczy nam po raz kolejny!