Jak oceniać muzykę i czy w ogóle warto? Powinna być analizowana matematycznie, powierzchownie i bardzo ogólnie, a może po prostu powinniśmy ją czuć?

Staram się mieć ciągle otwartą głowę, nie wyrabiać nawyków zbyt szybko i nie oceniać przed poznaniem argumentów wszystkich stron. Wydaje mi się, że tak postępują ludzie świadomi rzeczywistości. Od jakiegoś czasu, próbuję poznawać muzykę i przemysł muzyczny: rozmawiać z artystami, podglądać trendy i ludzi je wyznaczających, rozszyfrowywać mechanizmy działające na rozwój niektórych gałęzi branży, a ograniczające inne strefy, czy szukać wartościowych tekstów, pozwalających poszerzać wiedzę na te tematy, na różnych poziomach. Niestety dochodzę do pierwszych gorzkich wniosków.

Od dawna powtarzam, że nie lubię recenzować albumów, choć oczywiście czasem zdarza mi się napisać, co o nich sądzę – czy muzyka, będąca częścią większej całości, podoba mi się czy też nie. Robię to jednak tylko wtedy, gdy w tekście naprawdę mocno skupię się na jakimś utworze, lub staram się odpowiedzieć na pytanie, czy poszczególne elementy do siebie pasują. Zazwyczaj, gdy piszę o jednym numerze, nie wygłaszam opinii, a jeśli już, to pozytywną.

„Nie mają pojęcia jak wygląda tworzenie utworów, proces nagrywania czy etap wydawniczy. Nie wiedzą jak powstaje muzyka.”

Nienawidzę czytać cudzych recenzji. Robię to, bo czasami pomagają mi lepiej poczuć kontekst, albo – bardzo rzadko, ale jednak – zauważę coś, czego nie dostrzegłbym, gdybym pominął ten nieprzyjemny etap poznawania. Dlaczego jest to dla mnie traumatyczne przeżycie? Dzisiejsze recenzje muzyczne powstają właściwie wyłącznie po to, by wytknąć każde najmniejsze niedomówienie i każdy najdrobniejszy błąd. Autorzy wykorzystują swoje autorytety, albo zasięg medium, dla którego piszą, by zgnieść, zszargać, opluć, i by poczuć się lepiej. Pokazać, że mają władzę. To oni mówią ludziom czego słuchać. Na pewno nie ciebie! Przeraża mnie to, że robią tak nie tylko postacie, które mają ogromną wiedzę i za którymi stoją lata doświadczenia, ale także ludzie próbujący ich kopiować, często nie mający pojęcia, jak wygląda tworzenie utworów, proces nagrywania czy etap wydawniczy. Nie wiedzą jak powstaje muzyka.

W sieci jest wiele portali, serwisów, stron, magazynów, które skupiają pasjonatów, robiących coś za darmo. Jedni z tych aspirujących dziennikarzy chcą się rozwijać, inni napisać tekst, by dostać wejściówkę na koncert. Redaktorami kierują różne pobudki. Podmioty kultury współpracują z wytwórniami, dostając kopie płyt, na podstawie których powstają recenzje. I tu zaczyna rodzić się problem: co napisać? Spędzić trzy dni, nieustannie słuchać tych 10-12 utworów, przeczytać dziesiątki wywiadów, zapowiedzi, relacji z koncertów, zajrzeć na socjale muzyków, może posłuchać poprzednich płyt, by zrozumieć postęp? A może usiąść wieczorem, machnąć trzysta słów o tym, dlaczego uważają, że płyta jest słaba – tak przecież robią wielcy dziennikarze – i odesłać redaktorowi prowadzącemu tekst, pięć minut przed deadlinem? Ciekawy jestem, która opcja wybierana jest częściej.

Recenzenci dostają płytę za darmo i to nie jest nadużycie. Wytwórnia chce mieć tekst promocyjny, więc płaci. Osoby, które napisać mają o materiale, dostają gotowy album do ręki i słuchają muzyki. Słuchają kogoś, kogo label znalazł, docenił, któremu zaufał i w którego włożył pieniądze. Nie wiedzą, lub nie chcą wiedzieć, co artysta myślał, co przeżywał, co nim kierowało podczas tworzenia, jak długo powstawał materiał, ile pracy trzeba było w niego włożyć i na jakie kompromisy musiał iść muzyk. Bo uwierz mi, jeśli album ukazuje się nakładem dużej lub średniej wytwórni (które w 75% przypadków są mocno związane z majorsami), to na pewno musiał pójść na jakieś ustępstwa. Niezależnie, czy była to kwestia kolejności wydawania singli, ułożenia tracklisty, akcji promocyjnych, czy samej zawartości.

Gdyby się na nie nie zgodził, to nie byłoby płyty. A recenzent otrzymałby puste pudełko. A może jednak by się pojawiła? Nagrana za własne pieniądze w domowym studiu, o której nigdy byś nie usłyszał.

„Nie wiedzą, lub nie chcą wiedzieć, co artysta myślał, co przeżywał, co nim kierowało podczas tworzenia, jak długo powstawał materiał, ile pracy trzeba było w niego włożyć i na jakie kompromisy musiał iść muzyk.”

Jak myślisz, dlaczego spora część muzyków nie przepada za dziennikarzami? Wcale nie dlatego, że dopytują, rozprawiają, chcą poznawać szczegóły i zagłębiać się w treść. Wręcz przeciwnie: bo próbują wykorzystać każdą okazję do połechtania własnego ego, do zrobienia wrażenia na czytelnikach, nie tematem, a swoją osobą, bo przeinaczają słowa i fakty, a także nie starają się zrozumieć, dlaczego muzyka brzmi właśnie tak, a nie tak, jak powinna według nich.

Jak zatem ocenić płytę i czy w ogóle ma to sens? Jaki zestaw wzorców i odniesień przyjmować? Porównywać zawsze do najlepszych, przez pryzmat przedstawicieli gatunku, a może wyłącznie spoglądając na ostatnio wydane albumy? Za co doceniać, a za co ganić? A może powinniśmy wyłącznie odczuwać i starać się zrozumieć?

Pamiętaj: płyta, materiał, muzyka powinny być poddawana krytyce, bo tylko wówczas artysta może się rozwijać, ale bez dokładnego poznania historii, nie ma mowy o rzetelnej pracy. A jeśli próbujesz iść po trupach do udanej dziennikarskiej kariery, albo jesteś zbyt leniwy, by odpowiednio przygotować się do słuchania – to odpuść sobie zupełnie.