Nowa Zelandia leży na krańcu świata. Czy oznacza to jednak, że nie znajdziemy tam dobrej muzyki? Nic z tych rzeczy! Zabieram Cię w podróż – poznasz nowych artystów oraz ich historie i muzykę.

Z racji tego, że spodobał się Tobie (Wam) wpis w którym opowiadałem odrobinę o młodych projektach muzycznych ze Szwecji, postanowiłem kontynuować podróże po świecie. Tym razem zawędrowaliśmy bardzo daleko. Tam, gdzie rzadko bywają nawet zakochane w muzyce freaki. Odwiedzamy oceaniczne państwo, które leży na dwóch wyspach, w cieniu swojej większej siostry, Australii. Udajemy się do Nowej Zelandii – państwa Kiwi, rugbystów tańczących Hakę i Hobbitów. W tej krainie oprócz gór i zielonych polan można znaleźć całkiem dobrą muzykę. Zamierzam Ci to zaraz udowodnić.

Zagłębimy się w scenę muzyczną, szczególnie dokładnie przyjrzymy się jej młodym przedstawicielom. Na razie odcinamy się od czasów przeszłych i historii dźwięków, bo jest tutaj ona dość podobna do europejskiej oraz, co oczywiste, australijskiej (która z kolei czerpie garściami ze Starego Kontynentu i USA).

Naszą podróż podzieliłem (na razie) na dwie części. W odcinku pierwszym pokażę Ci artystów, którzy należą do nowozelandzkiego mainstreamu, ale niekoniecznie są znani szerokiemu, światowemu gronu odbiorców. Nie jest to “główny nurt” w pojęciu szerokim – chodzi tutaj raczej o muzyków tworzących dobre dźwięki, którym można przypiąć łatkę “pop” i nie będzie to dla nich obelga.

***

Zacząć powinienem, co też czynię, od Elli Yelich-O’Connor, którą większość zna pod pseudonimem Lorde. Mimo że udało się jej stać bardzo rozpoznawalną artystką w młodym wieku (w 2013, czyli w roku wydania “Pure Heroine” miała 17 lat), nie jest typową piosenkarką pop.

Osobiście bardzo ją lubię i cenię jej talent. Mam nadzieję, że już wkrótce wyda druga płytę, którą potwierdzi na dobre, że jest warta całego szumu wokół niej. Nowozeladka, urodzona w Takapuna, na przedmieściach Auckland, kumpluje się co prawda z Katty Perry i Taylor Swift, ale pomaga także mało znanym muzykom w rozwoju ich karier oraz podejmuje się świetnych współprac, jak ta z Son Luxem. Dlatego robi świetną reklamę krajowemu przemysłowi muzycznemu.

A teraz czas na  jej mniej znanych kolegów po fachu.

Benny Tipene

Benjamin Tipene ma 25 lat i jeden krążek na koncie. Zaczynał jako członek zespołu indie rockowego The Nerines, który założył w szkole średniej wraz z kolegami z klasy. Po serii koncertów na wyspach i trasie po Europie zaszył się na jakiś czas i zaczął tworzyć akustyczne kawałki. W 2013 wystąpił w nowozelandzkim X Factorze, w którym zajął 3. miejsce. Po zakończeniu programu podpisał kontrakt z Sony Music (no tu mógł trafić lepiej) i zaczął nagrywać. Najpierw “Toulouse EP”, a później album “Bricks”.

Jego muzyka to połączenie songwriterskiego popu i delikatnego indie folku. Tu z fajnie podbitym bassem.

Ginny Blackmore

Vigrinia to taka rebelka – rzuciła szkołę w wieku 16 lat by zostać piosenkarką. Z tym buntowniczym charakterem to delikatne wyolbrzymienie, okazuje się, że miała pełne poparcie rodziców. Wyruszyła w świat uczyć się rzemiosła – była w Londynie, pisała piosenki dla Christiny Aguilery i Adama Lamberta. Postanowiła jednak przestać i zaczęła pracować na własny rachunek. W końcu dopięła swego – w marcu 2015 ukaże się jej debiut “Over the Moon”.

Jest to zdecydowanie artysta popowa. Nie ma co do tego wątpliwości. Utwory “Bones” i “SFM” prezentują jednak dość przyzwoity poziom, aby stwierdzić, że całkiem miło się tej muzyki słucha. Nie jest to wyłącznie moja opinia – zauważona przez Marka Sudacka (producenta, managera m.in Mariah Carey) podpisała kontrakt z Epic Records, filią Sony Music, supportowała OneRepublic (zauważam jedynie skalę, nie jest to wydarzenie pokazujące klasę artystki), często występuje w Kalifornii.

Broods

Rodzeństwo Nott to obecnie poza Lorde chyba najgorętszy nowozelandzki, muzyczny towar eksportowy. O Georgii i Calebie pisałem już w tekście z lipca 2014 roku, ale to dobre miejsce by przypomnieć ten duet.

Wychowali się w miasteczku Nelson (północny skraj nowozelandzkiej Wyspy Południowej) dopiero podczas studiów na University of Auckland, gdzie obecnie mieszkają (w Auckland, nie na uniwersytecie), postanowili założyć zespół, choć zdarzało im się występować razem od dziecka. Tworzą indietronikę, eletropop, czasami zahaczają o dream pop, a w dodatku lubią występować z wersjami akustycznymi swoich kawałków.

Pierwszy ich album długogrający, “Evergreen”, zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Życzę im dalszego tworzenia podobnych i równie dobrych dźwięków.

Ruby Frost

Przypadek Jane de Jong czyli scenicznej Ruby Frost jest dość interesujący. Electropopowa artystka ma 28 lat i jedną płytę na koncie. Podpisywała też kontrakt światowym gigantem – Universal Music. Do tej pory pisałem o artystach, który brali udział w X Factor wyłącznie jako uczestnicy, cóż, w przypadku Ruby sprawa wygląda inaczej. Była ona jurorką jednej z ostatnich edycji tego talent show.

W przypadku Jane także nie można mówić, że jest ona artystką głębokiej alternatywy (choć w Europie mogłaby nią być), zauważamy tutaj pewien schemat, sprawa ma się podobnie w przypadku całego nowozelandzkiego przemysłu fonograficznego. Bo jak tutaj mówić o artystach mocno niezależnych w państwie, które liczy niecałe 5 milionów mieszkańców, ma raptem kilka labeli muzycznych i garściami czerpie z amerykańskiego mainstreamu? Jest ciężko, ale czasem można (przekonasz się w części drugiej).

Ruby Frost gra ciekawą muzykę. Możesz spokojnie zwrócić na nią uwagę.

Thomston

Thomston czyli Thomas Stoneman to drugi z dzisiejszych artystów o którym pisałem już wcześniej. Pod koniec czerwca ubiegłego roku pojawił się w cyklu Nowe Dźwięki. Zauważyłem go już chwilę wcześniej.

O swojej muzyce pisze przekornie, że to “alternative pop” i choć nazwa wydaje się śmieszna, nie przejmuje się nią za bardzo i robi co do nie go zależy. Mieszka w Auckland, ma 19 lat, lubi muzykę Lorde (choć jak sam mówi, daleko mu jeszcze do statuetki GRAMMY) i wydał kilka miesięcy temu pięcioutworową “Argonaut EP”, na której miesza pop, indietronikę, R&B, a nawet odrobinę indie folku.

Przepowiadam mu udaną karierę.

***

W tej części to wszystko. Piątka artystów jest teraz do Twojej dyspozycji. Ciekawie wygląda scena muzyczna w Nowej Zelandii scena. Oczywiście, jeśli chodzi o muzykę bardziej komercyjną, duży wpływ na tym przemyśle muzycznym wywiera Zachód (bądź w ich przypadku Wschód), znajdują jednak okazję i możliwości by przemycić sporo rodowitych muzyków do tego nieszczęsnego mainstreamu. Udaje im się to całkiem zgrabnie, bez pokraczności i nienaturalności. Bardzo dobrze.

W drugiej części tej muzycznej podróży zagłębimy się w bardziej klubową części nowozelandzkiej muzyki. Oczywistym jest, że tutaj też znajdziemy dużo nawiązań do podobnych przestrzeni australijskiego i amerykańskiego segmentu muzycznego, ale mam nadzieję, że zasmakujesz w dźwiękach z tego państwa.

Drużyna Pierścienia byłaby z Ciebie dumna!