Fot. Dorota Osińska

Artysta najbardziej docenia drogę, którą musi przebyć i podczas której się rozwija. Sam cel się nie liczy, bo meta nie jest ważna dla człowieka, który żyje, by ciągle udoskonalać samego siebie i tworzyć.

Po raz pierwszy napisałem o niej w grudniu 2014 roku, gdy pokazywała nam “Asmodeus”, porównywałem ją wówczas do Reginy Spektor, ponieważ usłyszałem podobnie prowadzony głos, czułem chęć opowiadania tak samo złożonych historii. Od tamtego czasu, wiele działo się w życiu i twórczości Olandry. Zmieniła miasto, poznała zupełnie nowych ludzi i zaczęła tworzyć inną muzykę. Ale tylko odrobinę.

Rozmawiam z Aleksandrą Woźniak, artystką, która czuje się “starą duszą”. O niedoskonałym perfekcjoniźmie, zmianach w spojrzeniu na tworzenie oraz o tym, jak pokonywać własne słabości i co robić, gdy boimy się i cierpimy.

Olandra wydała 26 listopada 2016 “Look Out”, album składający się z sześciu bardzo barwnych utworów, pełnych emocji. W ubiegły czwartek artystka zaprezentowała sesję live, podczas której zagrała “The Game”.

Od wydania “Asmodeus” i “Piece of Ice”, czyli pierwszych kompozycji, które opublikowałaś w sieci, minęły już ponad dwa lata. Studiowałaś wtedy w Warszawie, miałaś pomysł na pierwszy etap swojej muzycznej twórczości i projektu Olandra. Co wydarzyło się potem? Oczywiście, muzycznie były “Birds” i “Night Watch” (które znalazło się na nowym albumie), ale co działo się w bardziej intymnych zakamarkach życia artystycznego?

W zeszłym roku studiowałam w Anglii, gdzie – dzięki współpracy z poznanymi tam muzykami – nagraliśmy album. Zawsze byłam “Zosią Samosią”, lubię mieć kontrolę nad swoją pracą. Dlatego przez ostatnie dwa lata zgłębiałam tajniki nagrywania i produkcji muzyki, aby wiedzieć w jaki sposób osiągnąć zamierzone efekty i móc wejść w profesjonalną dyskusję z inżynierem dźwięku.

Postawiłam sobie wyzwanie – wyprodukować ten krążek na własnych warunkach, czuwając nad wszystkimi aspektami jego powstawania: od organizacji i pomocy w sesjach nagraniowych, przez aranżacje utworów i angażowanie muzyków, po wypalanie albumów. Chciałam zobaczyć, czy jestem w stanie sama to wszystko przygotować i „ogarnąć”. Trafiłam na wspaniałych, utalentowanych ludzi, chętnych do współpracy i dzielenia się swoim talentem. W prawdzie cały proces powstawania finalnej wersji płyty okazał się długi i wyczerpujący… jednak zdecydowanie warty wysiłku.

Stawiam w muzyce na naturalność, uwielbiam stare nagrania, kiedy nagrywało się „na setkę”, a dźwięk był zapisem chwili. Kiedyś nie naprawiało się „pomyłek” w miksie. Teraz muzyka jest coraz bardziej sztuczna, perfekcyjna do bólu – przez co staje się nienaturalna. My – artyści, słuchacze, odbiorcy muzyki jesteśmy częścią tej walki. Album „Look Out” nie jest nienaturalnie perfekcyjny. Czasem zatrzeszczy stołek przy fortepianie, a kiedy indziej zadrży głos z emocji. Właśnie taki obraz muzyki do mnie przemawia.

Uważasz się za „starą duszę”? Klasyczne instrumenty, podniosłe, lecz ulotne aranżacje, teksty dotykające w poetycki sposób spraw poważnych. To przymioty muzyki, która zaczyna ginąć.

Całe życie dużo czytałam i lubiłam analizować świat i to, co dzieje się dookoła. W pewnym sensie czuję się dużo starsza niż wskazuje na to mój wiek. Mieszam klasyczne z nowoczesnym, stąd, nawet jeśli instrumenty są akustyczne, to już środki produkcji – nie. Masz rację, teksty traktujące o sprawach ważnych, ciekawe aranżacje i niestandardowe formy piosenek to charakterystyka powoli ginąca w mainstreamowej muzyce. Jest to z mojej strony decyzja świadoma, bo są to przymioty, które cenię w muzyce i sztuce jako takiej. Piosenki z szablonu pisane przez komputerowy algorytm, wielkie hity brzmiące tak samo, ginące z minionym sezonem, to nie jest moja bajka. Jeśli o to chodzi, to jestem starą duszą, która ceni muzykę ludzi z bagażem doświadczeń. Wybieram Leonarda Cohena, Pink Floyd i PJ Harvey, zamiast Rihanny Justina Bibera i Adele.

Mówisz, że uwielbiasz muzykę nie-perfekcyjną, prawdziwą, ale z drugiej strony, chcesz posiadać kontrolę nad każdym aspektem procesu twórczego, poszerzasz swoją wiedzę, by wiedzieć jak najwięcej. Jesteś zatem perfekcjonistką. Czy to ostatnie nie przeszkadza Ci czasami w odnajdowaniu spontaniczności i cieszeniu się chwilą? Bo przecież sztuka opiera się o „te” chwile.

Wydaje mi się, że sztuka opiera się na tych ulotnych chwilach. Przejrzałeś mnie, jestem perfekcjonistką, ale – o dziwo – nie wyklucza to spontaniczności i cieszenia się z tego co tu i teraz. Dużo magii może też zdarzyć się w studiu, podczas nagrywania utworów. Poza tym lubię w muzyce „jazzowy” element, tę szczyptę improwizacji, pięknych pomyłek, które prowadzą nas nagle na zupełnie inną drogę. Pomimo, że każdy utwór ma własny pomysł, schemat, którego trzymam się podczas grania koncertów i przestrzegałam podczas nagrywania utworów, żaden występ i żadna sesja studyjna nie były takie same. Wychodzę właśnie z założenia, że muzyka to przede wszystkim to, co dzieje się „tu i teraz”, ma oddychać, ma być zmienna i ciągle odkrywana na nowo. Nie wyobrażam sobie grać raz po raz te same piosenki, w niezmienionych aranżacjach, ze statyczną linią wokalną i instrumentarium.

Jak zmienił się Twój styl, poczucie tego, jakimi środkami chcesz operować i jak przekazywać emocje? Gdy pierwszy raz spotkałem się z Twoją muzyką, jasno mogłem określić ją jako brzmienie oscylujące pomiędzy melodiami i tekstami w stylu Reginy Spektor, a mrokiem, chłodem i poczuciem niepokoju, które wywołuje we mnie Agnes Obel czy wywoływała Julia Marcell na albumie “June”. A jak to jest teraz? “Look Out” to jednak kombinacja większej liczby stylistyk i odcieni dźwięku.

Wszystkie elementy, o których wspomniałeś są ciągle obecne w mojej muzyce. Bardzo akustyczne brzmienie pierwszych kompozycji, zostało nieco zmienione poprzez dodanie mrocznych bębnów i basu. Czasem wkrada się gitara elektryczna. Wachlarz środków wyrazu odrobinę się zmienił, miałam też bardziej sprecyzowane pomysły na produkcję albumu (szczególne typy pogłosów, efektów itp.).

Chciałam, żeby album był spójny stylistycznie, ale wydaje mi się bardziej zróżnicowany od pierwszych utworów, które publikowałam dwa lata temu – w warstwie tekstowej i muzycznej. Słowa są dla mnie bardzo ważne i staram się, aby zawsze wychodziły na przód w piosenkach.

Na “Look Out” mamy najróżniejsze odcienie emocji – od optymizmu i wręcz dziecięcego zachwytu, po zawód i smutek. Piosenka otwierająca album “The Game” jest zawoalowaną piosenką o wojnie, z marszowym werblem w refrenie, “Night Watch” opowiada zaś o zwalczaniu samotności z pomocą kochanej osoby. “Don’t Let Them” – jak zwykłam (smutnie) żartować – mówi o miłości w czasach Tindera, a utwór zamykający album, “Look Out” to apel o to, aby czasem pozwolić sobie na odczuwanie strachu i cierpienia. Bo nie zawsze jest łatwo, targają nami różne emocje, ale tak ma być i o ile to zaakceptujemy, to wszystko będzie ok.

Właśnie opowiedziałaś, o czym są piosenki na “Look Out” – czuję, że dość mocno się z nimi związałaś podczas procesu twórczego i szlifowania ich brzmienia. Czy zatem możemy nazwać ten materiał pełnoprawnym albumem, który kończy drugi rozdział? Czy jest to tylko EP-ka, taki pomost – sześć utworów, które w przyszłości staną się fundamentem albumu długogrającego?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Z jednej strony czuję, że jest to pełnoprawny, spójny album, który podsumowuje pewien okres mojej twórczości. Z drugiej nie wykluczam, że być może połączę wcześniejsze utwory z tymi, ale na pewno znów w nieco zmienionej formie. Zobaczymy, co czas przyniesie! Na razie w planach jest koncertowanie właśnie z tym albumem.

W “Alice” śpiewasz “Could this be the perfect imperfection, the true reflection of myself”. Wydaje mi się, że to najbardziej charakterystyczny utwór na albumie, pełen pięknych zakamarków, który godzinami można rozkładać na czynniki pierwsze. Zamknięty i perfekcyjny jako kawałek sztuki. Ale o czym tak naprawdę mówi? Starasz się znaleźć rysy na każdym ideale, czy jesteś bardzo surowa i wymagająca wyłącznie wobec siebie? Wcześniej potwierdziłaś, że starasz się być perfekcjonistką. Czym w takim razie jest “The Perfect Imperfection”?

“Alice” jest jedynym utworem na płycie z tekstem, który nie jest mój. Tekst napisał Peter D’Angelo, australijski piosenkopisarz. Usłyszał on którąś z moich piosenek w internecie, skontaktował się ze mną i zaproponował współpracę. Był tak zadowolony z muzyki, którą skomponowałam do jego słów, że w końcu podarował mi te piękne wersy. Znaleźliśmy idealne porozumienie, bo tekst Petera bardzo do mnie przemawia i rezonuje ze mną.

Interpretuję podany przez Ciebie wers jako próbę pogodzenia się ze świadomością, że my jako istoty ludzkie nie jesteśmy i nigdy nie będziemy idealni. W tym jednak tkwi nasze piękno, jest to w końcu “The Perfect Imperfection”. Dla mnie jest to przede wszystkim piosenka o rozpadzie dziecięcych iluzji i próbie pogodzenia się z rzeczywistością, która okazuje się trudniejsza i bardziej skomplikowana, niż wcześniej nam się wydawało.

“Night Watch” wydaje się być najcieplejszą i najjaśniejszą kompozycją na EP-ce, jego brzmienie stoi w opozycji do tytułu. Każdy z nas ma swoje demony, choć nie każdy potrafi uporać się z nimi nawet przy wsparciu bliskiej osoby. Jak Ty radzisz sobie z trudnościami, i czy walka w duecie jest wszystkim, czego potrzebujesz, by pozostać po Jasnej Stronie Mocy – artystycznie i w codziennym życiu?

Jest to zdecydowanie jasny promyk na płycie – wyraz wdzięczności dla dobrych osób, które nas otaczają, wspierają i tworzą nas na nowo każdego dnia. To dla nich staramy się być najlepszymi wersjami siebie. W końcu “Night Watch”, jako straż nocna chroni nas przed wszystkim, co złe, co czai się za murami zamku!

Jeżeli o mnie chodzi, to im dłużej żyję, im więcej analizuję trudne sytuacje, tym bardziej zdaję sobie sprawę, że relacje ludzkie, wsparcie przyjaciół, rodziny, bliskich osób jest tym, co naprawdę trzyma nas przy życiu. Bez nich ani rusz. A z nimi jakoś zawsze chce się iść do przodu. Traktuję “Night Watch” jako hymn do przyjaźni, miłości, do wszystkich tych, których kochamy.

“Look Out” zamyka utwór tytułowy, w którym przekonujesz nas, że Ziemia nie jest wcale tak pięknym miejscem: cierpimy i boimy się – ale te momenty także są nam potrzebne. Co sprawia, że jesteśmy ludźmi? I czy jesteśmy tylko ludźmi?

EP-ka stanowi spójną całość (przynajmniej taką mam nadzieję!) i może warto spojrzeć na wspomniane wcześniej wersy z “Alice” – “The Perfect Imperfection”. To właśnie my, ludzie. I nie, nie “tylko” ludzie. Raczej “aż” ludzie. Cierpimy, boimy się, nie wiemy dokąd zmierzać, ale może sztuka polega na tym, żeby to zaakceptować i zawsze pamiętać, że “The World is There”. Jest to wezwanie, by wyjrzeć za okno i zaakceptować, że w życiu będzie różnie – będą momenty lepsze, łatwiejsze i te trudne. Staniemy na zakrętach i rozdrożach, z którymi nie będziemy wiedzieli jak sobie poradzić.

Przekonuję, aby próbować się przełamywać, zaakceptować strach i wyjrzeć za okno, bo tam czai się życie, świat, a wszystko jakoś się przecież ułoży. A dzięki tym trudniejszym momentom lub pomyłkom, uczymy się i rozwijamy. Psychologowie i ludzie sukcesu lubią mówić, że nie uczymy się dzięki zwyciestwom, to porażki nas kształtują. Jest to bardzo inspirująca myśl, o której warto pamiętać. To wszystko to wątpliwości i rozmyślenia, z którymi zmaga się wielu dwudziestokilkulatków. Niezmiennie dostaję wiadomości i komentarze od młodych ludzi, którzy identyfikują się z przekazem piosenki. To jest najważniejsze!

Fot. Zuzanna Głód

Jak ciężko było odnaleźć się w nowej rzeczywistości? Jak długo szukałaś odpowiednich ludzi, którzy pomogli Ci dobrze poczuć się na miejscu? Londyn, w którym obecnie mieszkasz, to, rzecz jasna, europejska stolica muzyki, ale wydaje mi się, że nisza w której operujesz, delikatnie umiera.

Stolica Zjednoczonego Królestwa przejmowana jest przez dźwięki przyszłości, muzykę elektroniczną i klubową, a singer-songwriterzy, wrażliwe dusze i minimalistyczni bardowie muszą szukać małych, bezpiecznych przestrzeni. Kto by o tym pomyślał, jeszcze kilknaście lat temu. Jak ciężko było postawić pierwszy, pewny krok? I czy już jesteś tam, gdzie chciałabyś być?

Rok temu byłam w Manchesterze, gdzie poznałam większość muzyków, których można usłyszeć na albumie. Mieszkaliśmy w akademiku, mieliśmy całodobowy dostęp do studia. Czego chcieć więcej? Na samym początku nie było łatwo, ale bardzo szybko nawiązały się pierwsze przyjaźnie i współprace muzyczne. Nie zapominajmy też, że nowe doświadczenia i wyzwania to pożywka dla artysty!

Do Londynu przeprowadziłam się w tym roku, zaczynając studia magisterskie. To było dużo trudniejsze. Nie tylko musiałam zostawić rodzinę, przyjaciół i znaną już muzyczną scenę w Warszawie, ale też moją grupę przyjaciół z Manchesteru. Scena londyńska jest nieporównywalna z żadnym innym miejscem. Podejrzewam, że tylko Nowy Jork mógłby się z nią mierzyć. Jest bardzo, bardzo zróżnicowana, i chociaż z boku może się wydawać, że została przejęta przez (ostatnio bardzo popularną) muzykę elektroniczną, to w Londynie jest miejsce na każdą muzyczną niszę.

Mieszkam tu od pół roku i dopiero zaczynam zapoznawać się z tutejszą sceną muzyczną, ale moje dotychczasowe doświadczenia są bardzo pozytywne. Jest to miasto pełne artystów, inspiracji, ludzi ambitnych i pełnych pasji. To motywuje do działania! Ostatnio coraz bardziej zgłębiam tajniki produkcji i aranżacji pracuję nad kolejnym “olandrowym” projektem, stylistycznie zupełnie innym od poprzednich prac. Ale o tym na razie… cicho sza. Czuję, że ciągle szukam, nie przestaję pisać i komponować, uczę się, szukam nowych środków wyrazu. Czy jestem tam gdzie chciałabym być? Myślę, że jestem na dobrej drodze. Pracuję nad materiałem, jestem otoczona przez kreatywnych ludzi, mam możliwość współpracy z ciekawymi muzykami, koncertuję. Nie zapominajmy – to właśnie droga do celu wydaje się najciekawsza.

Cały czas stawiasz na samo-udoskonalanie. Jesteś w jednym z najbardziej ekscytujących miast świata, w którym cały czas coś się dzieje. Rozpoczęłaś koncertowanie, a jak sama mówisz, znajdujesz też czas na nowe projekty. Wydaje mi się, że wkraczasz w etap dorosłego artystycznego życia, gdzie muzyk może zrobić wszystko, czuje się wszechmocny, nieskrępowany własnymi słabościami. Czy tak jest z Tobą? Czy wierzysz, że nadchodzi najlepszy okres i to właśnie Londyn jest katalizatorem? Czy młodzi muzycy powinni ryzykować i poznawać nowe przestrzenie, czy niezależnie od otoczenia, osiągnęłabyś to samo?

Londyn na pewno będzie pewnym katalizatorem, a ja powoli nawiązuję współpracę z tutejszymi muzykami i zaczynam pracę nad kolejnymi projektami. Czuję, że nadszedł czas eksperymentów, czuję się bardziej świadoma tego, co chcę artystycznie osiągnąć i w jaką stronę pójść. Chcę wierzyć, że będzie to najlepszy okres! Pytasz czy młodzi muzycy powinni ryzykować i poznawać nowe przestrzenie? Muzycy? To pytanie mogłoby odnosić się do ludzi wszelkiej profesji. Jeśli nie ryzykujemy i nie poznajemy nowych miejsc i osób, nie ma miejsca na rozwój, stoimy w miejscu. A pożywką dla muzyka, dla artysty, dla osoby kreatywnej są doświadczenia wszelkiego rodzaju.

Wspomniałaś przed chwilą, że najbardziej ekscytująca jest droga do celu. Czym on jest dla Ciebie? Czy to tylko frazes, którym się posługujemy, by udowodnić, że faktycznie najważniejsze jest stawianie sobie kolejnych celów, czy może nadejść moment, w którym Aleksandra Woźniak – na razie jako Olandra, w przyszłości, być może z zespołem lub pod innym pseudonimem – stwierdzi, że zrobiła już wszystko, doświadczyła wszystkiego i chętnie odpocznie?

Z książką, kotem i dobrą kawą? Kto wie, być może? Wydaje mi się, że kiedy nie wyznaczamy sobie celów, przestajemy marzyć i nie rozwijamy się, nie szukamy nowych doświadczeń. Nie wiem czy wierzę w szczęście bez tych komponentów. Książka, kot na kolanach i dobra kawa byłaby dobra przez tydzień, może miesiąc, ale dłużej? Chyba trudno byłoby mi wysiedzieć w jednym miejscu!

Mini album Olandry “Look Out” dostępny do odsłuchu i zakupienia na Bandcampie oraz iTunes.