Popularne może oznaczać dobre

Popularnym rozgłośniom czasem zdarzy się puścić dobrą muzykę. Czy można sprawić by zostało tak na dłużej i jak reagują na to Polacy?

Staram obracać się wśród muzyki dobrej i wśród ludzi, którzy także takowej słuchają. Na tym obecnie bazuje moje życie, tak wyszło. Myślę, że nie ma w nim ważniejszej rzeczy. Za cel postawiłem sobie uczyć ludzi słuchania, czucia i wyszukiwania brzmień wysokiej jakości, by odciąć się, albo chociaż daleko odejść, od tego co puszczane jest w największych polskich rozgłośniach radiowych. Bo przecież nie ma tam zbyt wielu dobrych dźwięków.

Czas powiedzieć to otwarcie: statystyczny Polak nie umie słuchać muzyki, więc duże stacje nie muszą się wysilać z doborem repertuaru. Często nawet nie mogą, bo nie chcą, by ich słupki słuchalności poleciały w dół.

Bardzo często wychodzę z założenia, że to co grane w RMF FM czy Radiu Eska jest marnej jakości, więc odrzucam, drwię i przeklinam – czasem sam łapie się na tym, że posunąłem się za daleko, a często uświadamia mi to dopiero moja mama, bo to właśnie w domu rodzinnym najczęściej rozbrzmiewa stacja z żółto-niebieskim logiem. Wszystko dlatego, że szukam tego co wartościowe, a tam zazwyczaj tej wartości nie ma. Może to także ze względu na to, że dobre jest bardzo rzadko popularne, więc jeśli coś staje się popularne, automatycznie traci dla mnie wartość. Głupie, ale w oparciu o takie absurdalne zasady często podejmujemy w życiu ważne decyzje.

Gdy już jednak policzę do dziesięciu i wezmę kilka głębokich oddechów, uświadamiam sobie, że to często nie tak. Czy gdyby Leonard Cohen, Bryan Adams lub Sting tworzyli w latach 80. i 90. złe kompozycje to pamiętani i grani byliby do dzisiaj, nawet w tych „podłych i komercyjnych” polskich stacjach radiowych? A to przykłady pierwsze z brzegu. Powiesz, że przecież „lubimy (i cenimy) to, co już znamy”, bo wyjaśniałoby to wiele. Niby tak. Tylko co w przypadku zdecydowanie młodszych i tworzących nowocześniejszą muzykę: Ellie Goulding, Jessie Ware, Tove Lo czy Sii? To na ich punkcie oszaleli pospolici, przeciętni, źli słuchacze ostatnio. To także oni polubili Rudimental, Hoziera, Years & Years czy Kwabsa. A przecież nie jest to wcale zła muzyka.

Więc o co tutaj chodzi? Czyżbyśmy jednak mieli całkiem przyzwoity smak muzyczny? Może wystarczy przemycić na playlisty ogromnych rozgłośni o zasięgu ogólnopolskim więcej naprawdę dobrej muzyki i ją także zaakceptujemy i polubimy? I z czasem zamienimy się w drugą Wielką Brytanię, gdzie w mainstreamie królują Arctic Monkeys, Disclosure i Mumford & Sons. A może to tylko wyjątek od reguły, który jest skutkiem zwyrodniałego eksperymentu i nie będzie często powtarzany?

Dobrze wiemy, że radio, które ma kształcić gusta i pokazywać nowe to już dawno przeszłość. Ba, nawet zwykłe stacje, które bazują na informacjach drogowych i konkursach, w dobie internetu zaczynają zbliżać się do przepaści. Niewątpliwie jednak można byłoby spróbować podjąć jeszcze jedną próbę ratowania tego zainfekowanego organizmu. Bo czasem po prostu trzeba wyruszyć na samobójczą misję w obronie idei.

Popularność może stać się dobra, gdy dobre będzie w końcu popularne.