Szkic tego wpisu ma już ponad rok. Został przygotowany, ale nie mogłem go opublikować. Nie byłem pewny czy się nadaje i czy dobrze przekazuję słowami to co chciałbym byś zrozumiał. Doszło do mnie wczoraj, że należy tę notkę uaktualnić, a będzie się jej należało miejsce na tym blogu – tak samo jak artykułowi inspirowanemu słowami Tricky’ego lub/i Patti Smith czy notce o zmieniającej się wartości młodości. Są to wpisy pokazujące jakim człowiekiem jestem i jak myślę, a przecież głównym czynnikiem odróżniającym blogi od serwisów informacyjnych jest właśnie osoba autora i jego postrzeganie świata.

Zacznijmy więc od gratulacji – wędrują one do Krzysztofa Zalewskiego za ponowny debiut. “Zelig” to fantastyczny reborn. Już nie jest zwycięzcą średniej jakości telewizyjnego talentshow o pseudonimie “Zalef”, ale artystą pragnącym podpisać się pod materiałem własnym nazwiskiem. Kolejnym krokiem, który musisz przejść jest odsłuch inspiracyjny. Poniżej.

Kiedy i to masz już za sobą, zabieramy się za powód główny naszego spotkania.

Mam za sobą kiepski rok. Zastanawiałem się nawet czy mocno nie zmienić swojego życia. Chłop niedługo będzie miał na karku 23 lata, a niczego nie osiągnąć i nic nie ma – kiedyś miałbym (powinienem mieć?) już żonę, chatę, gromadkę dzieci i rozwijającą się gruźlicę. Co zrobić? Rzucić wszystko i tak jak przodkowie, zamiast marzeniami, kierować się zdrowym rozsądkiem? Przez chwilę wszystko wisiało na włosku, ale zapytałem siebie “Czego właściwie chcę od życia?”. To wówczas przejrzałem na oczy. Dałem sobie czas. Czas żeby głęboko odetchnąć. Ale muszę także zacisnąć zęby, żeby słabiej bolało. A boleć będzie długo, bo taką wybrałem drogę. Nie można iść na skróty.

Dziwne jest to co napiszę, nie posądzałbym siebie o to, ale moją bronią jest silna wola. I coraz twardsza dupa.

Kompletnie zapomniałem na kilka miesięcy o tym tekście, widocznie podświadomie czekałem na odpowiedni moment, a on nadszedł dość niespodziewanie. Wszystkiemu winna opcja “Shuffle” w moim odtwarzaczu. I ten wspomniany wyżej utwór Krzyśka Zalewskiego. Bo najpierw Musimy to przejść, a dopiero później musimy nadejść. Na razie jestem gdzieś pomiędzy, ale wiem jedno…

Nienawidzę przeciętności.

Dla po nas pokoleń zrobimy jaśniej? Jestem dorosły, choć chyba do końca nie zdaję sobie jeszcze z tego sprawę. Po skończeniu studiów (przyjmuję, że kiedyś to nastąpi, a wcześniej nie zwariuję), nie chcę pracować codziennie ośmiu godzin na kasie w dyskoncie, a potem wracać do pustego, zaniedbanego mieszkanka; nie chcę zasuwać na budowie nakładając gładź na ściany, wieczorami wożąc się po mieście Golfem trójką ze sportowym spoilerem i wielkimi subwooferami w bagażniku. Nie chcę też etatu w korpo (choć na początku nie wydaje się to aż tak straszne) i sztucznych uśmiechów w korytarzach na dwudziestym którymś piętrze. Chcę jakości, czegoś wartościowego.

Nie domagam się posady prezesa, szefa szefów – ba, ja nawet jej nie chcę. Chcę robić rzeczy, które mnie cieszą, które sprawiają, że cieszę innych. Takich, po zrobieniu których czuł będę, że zostawiłem coś po sobie. I nie będą to kolejne śmierdzące skarpety w koszu na brudną bieliznę.

Nieważne czy będę pierwszym człowiekiem na Marsie, gościem od najnowocześniejszego rozwiązania technologicznego w kosiarkach spalinowych, które pozwala na skoszenie hektara w pięć minut, czy też prezydentem likwidującym głód i analfabetyzm na świecie. Chcę być zapamiętany. Nieważne czy przez całą galaktykę czy przez społeczność zdeklarowanych transseksualistów w Timorze Wschodnim wpisanych do rejestru dłużników.

Nie pozwolę sobie zmarnować jedynego życia jakie mam. Jedynej młodości, jedynego wieku średniego z pierwszymi siwymi włosami i jedynej, zdziadziałej do granic, ale przepełnionej radością i reumatyzmem, starości. Jestem to sobie winien. I wiem to. Znowu jestem tego świadomy.

A czego Ty chcesz od życia? Czego właściwie potrzebujesz?

Musimy błyszczeć, rozpalić masę!

***

Latanie w kosmos nie jest przeciętne, właśnie dlatego zdjęcie obrazujące start wahadłowca wybrałem na okładkę tego wpisu.