Kolejny raz spotykamy się ze starym przyjacielem Smutkiem. Przyszedł po cichu i został, nie wiadomo dlaczego. Z tej okazji przyszło mi ułożyć trzecią playlistę.


Wiesz, są czasem takie dni, a nawet tygodnie, w których wszystko jest jakby normalnie, po staremu, nic złego się nie dzieje – przychodzisz z uczelni czy pracy, robisz to co zwykle, ale coś Ci nie pasuje, coś Cię gnębi i nie możesz za nic zrozumieć o co chodzi.

Rozgrzebane książki czekają, niedokończone artykuły wypadałoby w końcu napisać, nawet seriale czekają aż obejrzysz najnowsze odcinki, a Ty nic. Siadasz i wpatrujesz się w ekran, skrolując co popadnie. Trochę w takim miejscu jestem w tym tygodniu. Nie napiszę Ci dlaczego, bo przecież nie wiem.

O ile nie rozdrabniajmy się nad życiem codziennym, o tyle w chwilach podobnych do tych na blogu przychodzi czas na aktywowanie trybu „SADysta”. Już po raz trzeci i wcale nie jest to zimna kalkulacja typu już wypada. Bo przecież nikt z nas nie planuje tego, kiedy nawiedzi go zły, smutny, melancholijny nastrój. Dlatego całe popołudnie poprzedzające publikację, spędziłem na słuchaniu odpowiedniej muzyki. Spokojne gitarowe plumkanie, wolne, rozciągnięte elektroniczne bity i rozkrzyczane, prawdopodobnie z bólu egzystencjalnopodobnego, głosy.

Na playliście nie ma wielkich klasyków, bo po co? Nie potrzebujemy kolejnych składanek „Best Songs For The Rainy Days” czy „When You’re Sad Besause Of Him/Her”, bądźmy czasami egoistami, zróbmy coś wyłącznie dla siebie. Każdy ma gorsze dni. Pojawia się sporo nowości, zespołów młodych i utworów, które są piękne, a nie mają zbyt wielu odtworzeń. Godzina muzyki, a nasz wewnętrzny smutas będzie zadowolony.

Dodatkowo jeden piękny utwór z uroczym, chłodnym i smutnym wideoklipem. To Wet z „Deadwater”, pierwszym numerem po dłuższej przerwie.

Bądź zdrów, smuć się i słuchaj muzyki.

  • Marta Mrowiec

    Wet nie znałam, a to takie piękne. Smutkuje się dzisiaj z Tobą.