Trochę marudzę, bo życie nie wygląda tak, jakbyśmy tego chcieli. Zastanawiam się jak ugryźć kolejne odcinki „Płyt Roku”, ale i tak podsuwam czytelnikom bardzo dobre albumy.

To miał być wielki, przełomowy zestaw wpisów. Obszerny, dokładny i oryginalny, by pokazać wszystkim, jak powinno zagłębiać się w album, jak szukać informacji, czego oczekiwać i ewentualnie, ostatecznie, jak oceniać. Wystartowałem imponująco – serio, sam się zdziwiłem, że tak dobrze mi szło – dziewięć, całkiem rzetelnych omówień, opartych na wielokrotnym przesłuchaniu płyt i wielu przeczytanych recenzjach „prawdziwych dziennikarzy”, z wnioskami, uwagami i wielkim entuzjazmem. Ale zacząłem się zastanawiać i rozkładać wszystko na czynniki pierwsze.

Moje ulubione teksty z Płyt Roku:

Uświadomiłem sobie, że nie chcę pisać żadnego rodzaju tekstów, które ktoś może utożsamiać z recenzją. Nie to, że się tak zupełnie nie znam, czy że nie umiem prowadzić dyskursu krytycznego. Po prostu, blog nie powstał, by mówić czytelnikom jednoznacznie „tego warto posłuchać, a tego nie”. Dodatkowo okazało się, że nawet ogromne chęci, przy natłoku bardzo zwyczajnych czynności z którymi trzeba sobie codziennie radzić, kiedyś się kończą, a pisanie co niedzielę teksu na tysiąc słów, potrafi bardzo zmęczyć. Dlatego pod koniec marca przygotowałem wpis z płytami, które dość dobrze poznałem w tamtym okresie. Taka kumulacja.

Płyty Roku 10-13: Matt Corby, HÆLOS, Poliça i Josef Salvat

Przyznam się teraz do czegoś. W kwietniu jakoś niechętnie siadałem do słuchania całych albumów. Na żaden nie czekałem jakoś specjalnie, właściwie żadnym przesłuchanym longplay’em nie zachwyciłem się jakoś szczególnie. Zastanawiałem się, co w takim razie zrobić z postanowieniem 52 płyt: olać, bo i tak nie zauważysz, czy może wymęczyć jakiś tekst. Tylko, że jaki to miałoby mieć sens?

Pisząc te słowa nadal nie wiem, jakie jest idealne wyjście z tej sytuacji, ale, po ciężkiej rozmowie z wewnętrznym Ego, postanowiłem pokazać Ci krążki, które coś we mnie ruszyły przez ostatnie tygodnie. Podczas słuchania których, coś we mnie drgnęło (tylko nie wyobrażaj sobie brzydkich rzeczy!).

Wszystko w dość ekspresowym tempie – więcej czasu zostaje na słuchanie.

snohSnoh Aalegra – Don’t Explain EP
8 kwietnia – 9 utworów/25 minut

Dołącza do „Quasi” EP Kill J na szczycie zestawienia najlepszych mini albumów tego roku. Zmysłowa wokalistka potrafi zachwycić głosem i tworzonym klimatem. Materiał obszerny jak na EP-kę. Do tego tekst utworu „Home” jest jednym z moich faworytów w 2016.

gallant ologyGallant – Ology
6 kwietnia – 16 utworów/52 minuty

Kolejna niezwykła postać, jego głos przekracza wszelkie granice niesamowitości, a utwory, za które w większości odpowiada w całości, co chwilę zaskakują rozwiązaniami producenckimi. Dostrzegam w debiutanckiej LP Gallanta momenty przestoju, w których można się zamyślić i stracić zainteresowanie muzyką, ale takie numery jak „Weight in Gold”, „Open Up” czy „Bourbon” zdecydowanie to rekompensują.

young magicYoung Magic – Still Life
13 maja – 10 utworów/32 minuty

Trzeci album brooklyńskiego duetu ukaże się dopiero w najbliższy piątek, ale od kilku dni można słuchać go na soundcloudowym koncie ich wytwórni, Carpark Records. I cieszę się, że usiadłem i się z nim zapoznałem. Delikatna muzyka łącząca w sobie eksperymentalną, rozmarzoną elektronikę, odrobinę soulu i świetny, lekki wokal Melati Malay, to coś czego było mi trzeba. Jest tutaj odrobina melancholii, zamyślenia, a także udziwnień i sporo prób odkrywania nowych kierunków rozwoju.

ryxRY X – Dawn
6 maja – 12 utworów/52 minuty

Debiutancka płyta Australijczyka Ry’a Cuminga, którego możesz znać także z duetu Howling, to smutaśna doskonałość. W całości idealna do wieczornego rozmyślania, a nawet rozmowy ze swoimi emocjami. Każdy utwór dodaje do materiału coś nowego, a połączenie fortepianu z głęboką elektroniką i głosem, który potrafi osiągać niezwykłe rejestry, to naprawdę piękne zestawienie.

bovskaBovska – Kaktus
11 marca – 14 utworów/45 minut

Na koniec dwa albumy, które zostały wydane jakiś czas temu, a zapoznanie się z nimi odłożyłem na późniejsze tygodnie. Na początek Bovska, której pracę szanuję coraz bardziej, bo nie dość, że muzycznie i tekstowo „Kaktus” to naprawdę świetny materiał, to jeszcze Magda Grabowska-Wacławek wszystkim, co związane z wydaniem i promocją płyty, zajmuje się sama. Moja rekomendacja? Żadna płyta od czasów „Grandy” Brodki, stworzona w języku polskim, nie zainteresowała mnie tak bardzo jak „Kaktus”.

julia marcell 2016Julia Marcell – Proxy
11 marca – 8 utworów/34 minut

Julia Marcell przeszła transformację. Patrzyła szeroko, międzynarodowo, była pełna nadziei, ale z czasem zaczęło się to zmieniać. To czuć i słychać na „Proxy”, bo jest to taki inner album, w całości po polsku. Zwątpienie nie pomoże jej dotrzeć do nowych fanów za granicą, ale utwierdza nas w przekonaniu, że Julia to prawdziwa artystka, która zaczyna godzić się z wizją zwykłego życia. Albo raczej – nie chce się pogodzić ze współczesnym „zwyczajnym” życiem. „Proxy” to zamknięcie dziewczęcego etapu, artystka jest już dojrzałą kobietą.

Bardzo chciałem napisać ten akapit. Myślę, że do tematu porzuconych nadziei jeszcze wrócimy.

To wszystkie płyty, które chciałem Ci pokazać. Maj wydaje się ciekawy, jeśli spojrzymy na niego pod kątem wydawnictw muzycznych, dlatego nie zaniecham cyklu całkowicie. Miałbym jednak wielką prośbę – jak widzisz dalsze losy serii? Nie są to i nie będą recenzje, na rozkładanie materiału na czynniki pierwsze nie wystarczy mi czasu. Czy taka forma Cię zadowala? A może masz to wszystko gdzieś i klikasz tylko po to, by sprawdzić jakich wykonawców zaproponowałem?

Pierwszego stycznia obiecałem sobie, że w 2016 poznam historię 52 płyt. Dowiem się jak powstawały, co sprawiło, że brzmią tak, a nie inaczej i co chcą nam przekazać. Tak narodził się cykl „Płyty Roku”.