Świetny line up to nie wszystko. Jak nie bawić się w festiwal pokazała piąta edycja Soundrive Fest. Cudowna idea i kiepskie wykonanie.

Przygotowując się do wyjazdu na mój pierwszy Soundrive Fest, byłem bardzo podekscytowany myślą o zobaczeniu gdańskiego B90, o którym czytałem wiele dobrego; niecierpliwie czekałem na możliwość usłyszenia zespołów, które bardzo lubię (Hinds, Honne, Pixx czy Liss) i mając w głowie to, jakie opinie docierały do mnie o poprzednich edycjach wydarzenia, wróżyłem, że to będą niezapomniane trzy dni. I okazało się, że faktycznie nigdy nie zapomnę Soundrive Fest 2016, lecz w mojej głowie pozostanie obraz imprezy przeciętnej z masą niedociągnięć technicznych.

Zdaję sobie sprawę z tego, że Soundrive Fest to impreza naprawdę mała. Wydarzenie w gdańskiej stoczni nijak ma się do trójki Alter Artu (Open’er, OWF i Kraków Live Festival) czy też katowickiego duetu (OFF i Tauron) czyli najpopularniejszych, polskich festiwali muzyki alternatywnej i prawie alternatywnej. Nie te pieniądze, przestrzenie, liczba pracowników i idea. Nie usprawiedliwia to jednak problemów z organizacją, zagospodarowaniem terenu, nagłośnieniem czy akustyką samego miejsca. A to właśnie do tych elementów mam największe zastrzeżenia. Nie można bawić się w festiwal bez pewnych podstaw.

Świetna muzyka z kiepskim dźwiękiem

Arkadiusz Hronowski, głównodowodzący Soundrive i B90, na każdym kroku powtarza, że impreza ma być muzycznym świętem dla fanatyków brzmień niszowych, gdzie nie liczy się zarobek, a przyjazna atmosfera i przeżywanie każdego występu. Kupuję to bez zająknięcia, tylko, gdy ma się do dyspozycji niewielką arenę, widzów z dobrym słuchem i przyzwoitym obeznaniem, podstawowym zadaniem jest zadbanie o jakość dźwięku. Bo przecież oto chodzi! Jednak zamiast ultrajakości otrzymaliśmy sprzęganie mikrofonów (Pixx, Hinds, Honne), źle podpięte basy (Hinds) i ciągłe prośby muzyków o poprawianie odsłuchów (właściwie wszyscy ze sceny głównej). A panowie w koszulkach „Dock Crew. Fuck Off” raczej niespecjalnie się tym przejmowali.

Oczywiście nie każdy artysta pomagał. Podczas koncertu Sally Dige myślałem, że ogłuchłem, albo coś poprzestawiało mi się w głowie, od tego ciągłego psioczenia na dźwięk. Dunka była tak bardzo poza dźwiękiem, że czułem się jak w klubie karaoke. Bardzo podobne odczuwałem występ Liss, tylko nie jestem pewny, czy tutaj zawiódł dźwięk, czy też sam zespół.

O ile drobne potknięcia bardzo chętnie wybaczam, bo to przecież natura występów na żywo, o tyle nie mogę pozbyć się wrażenia, że załoga dźwiękowców miała w nosie całą zabawę. Co ich obchodzą jakieś electro popowie popierdółki, czy dziewczynki bawiące się w lo-fi, oni są specjalistami od rocka i metalu (taka jest przecież dominująca charakterystyka B90) i nie będą zajmować się tym gównem! Niech mojej tezy broni koncert Juniusa Meyvanta, który zabrzmiał najlepiej na scenie głównej, ale to tylko dlatego, że przez połowę przeznaczonego czasu grał solo, tylko na gitarze. I z całą pewnością można zareagować w stylu: przecież Yak, Sunflower Bean czy Dilly Dally brzmieli dobrze. Po pierwsze, względnie dobrze, a po drugie – w punk rocku raczej nie chodzi o czyste i subtelne granie.

Punkt pierwszy: nie odpowiadajmy

To co napiszę teraz, możesz odczytać jako lament i skargi, ale chodzi raczej o organizację pracy. Drugi rok z rzędu zostałem zupełnie olany, jeśli chodzi o wnioski akredytacyjne. O ile przed edycją 2015 na ślepo wysłałem maila z zapytaniem, czy jest w ogóle taka możliwość, o tyle na stronie Soundrive Fest 2016 dość wyraźnie widać, gdzie informacja o akredytacjach się znajduje.

Wiadomość z zapytaniem oraz wszystkim potrzebnymi danymi wysłałem 15 lipca, nie dostając ŻADNEJ informacji zwrotnej. Nie uważam się za pępek świata, nie oczekuję, że każdy mój wniosek zostanie zaakceptowany, a jedynie, że osoba odpowiedzialna za kontakt z mediami wysili się na tyle, by odpowiedzieć w stylu „W związku z dużym zainteresowaniem, nie możemy przyznać Panu w tym roku akredytacji prasowej. Dziękujemy za zainteresowanie.” – tak trudno? Przecież stać mnie na wydanie 100 zł za trzydniowy bilet. Chodzi raczej o obopólny szacunek.

Fest czy showcase dla fanów

Przez trzy dni trwania Soundrive Fest 2016 zadawałem sobie pytanie czy jest w ogóle sens nazywać gdańską imprezę festiwalem? Pięć miejsc, z czego w trzech odbywały się maksymalnie dwa koncerty dziennie. Do tego dwie najważniejsze sceny: Main Stage i Soundrive Stage, mieszczące się obok siebie. Bardzo przyjemnie, bo szybko można czmychnąć z jednego gigu na drugi, prawda? Szkoda tylko, że gdy na scenie głównej rozpoczynał się koncert, artyści i widzowie w pomieszczeniu obok mieli przed sobą co najmniej pół godziny mashupów. Starano się ograniczać przechodzenie dźwięków przesunięciami w time table, ale to nie wystarczyło.

Abstrahując już od jakości dźwięku i przenoszenia tonów pomiędzy salami B90, czy Soundrive Fest to festiwal, czy może mały showcase dla mniej znanych dziennikarzy, blogerów, vlogerów i zaprzyjaźnionych muzyków? Najlepszym koncertem małej sceny klubowej, na której wystąpiły wyłącznie polskie projekty, był występ czwórki z Lor. Gdy obracałem głowę, co chwilę widziałem kogoś, kogo rozpoznaję z różnych zakamarków Internetu. Cieszę się, że pojawili się na małym evencie, na którym grają nadzieje naszej sceny. Pytanie tylko czy wybraliby się na tak małą imprezę, gdyby nie zaproszenia lub całkiem rozległa kampania promocyjna.

Łyżka miodu w beczce dziegciu

Kończąc „osobistą, subiektywną i nie mającą nic w spólnego z rzeczywiscością tyradę” wspomnieć chcę o tym, co bardzo urzekło mnie podczas Soundrive’a. Podczas trzech dni, widziałem pod sceną chyba połowę składów grających na festiwalu. Oprócz SALK-u, Erith, The Moondogs czy Oly. cieszących się koncertami innych artystów, widziałem także członków Sunflower Bean, Dilly Dally, czy Ade i Anę z Hinds kręcących się po klubie, obowiązkowo z piwem w dłoni. To bardzo przyjemny widok, bo wiesz, że masz do czynienia z normalnymi ludźmi, którzy także zakochani są w muzyce. Nie tylko swojej.

Oczekiwałem zdecydowanie więcej po piątej edycji Soundrive Festu. Ciągle jestem pod wrażeniem, że B90 coraz częściej staje się miejscem, w którym w naszym kraju premierują obiecujące, zagraniczne akty. Mimo tych wszystkich zastrzeżeń i docinek, na pewno pojawię się w Stoczni Gdańskiej ponownie, jeśli tylko line up wystarczająco mnie zainteresuje. Nie zmienia to jednak faktu, że do kolejnych edycji podchodzić będę z mniejszym entuzjazmem i większą dozą zwątpiewnia.

  • Nie ze wszystkimi zarzutami się zgadzam. Przede wszystkim miejsce – tereny postoczniowe plus otwarcie niedostępnych na co dzień hal (nawet na jeden koncert, jak to było w przypadku B64) to był moim zdaniem strzał w dziesiątkę. Tak jak oddanie hali W4 smutnym songwriterom (to była moja ulubiona scena w tym roku). Jedyne, co się nie sprawdziło, to umiejscowienie sceny kontenerowej, którą zagłuszały koncerty na głównej (a szkoda, bo Pokusa i Artykuły Rolne wypadły bardzo dobrze).

    Jeśli chodzi o liczbę widzów, że to showcase dla znajomków – też byłem w tym roku pierwszy raz, ale moi informatorzy, którzy bywali w latach poprzednich byli bardzo pozytywnie zaskoczeni frekwencją. Zresztą ja bardzo lubię takie małe, kameralne festiwale, dobrze wykorzystujące swoją przestrzeń (jak chociażby Halfway czy Globaltica).

    Też miałem problem ze skontaktowaniem się z festiwalem (choć w końcu sie udało), więc tu duży minus, skoro nie byłem w tym odosobniony. Trochę rozczarował mnie lineup, szczególnie małej sceny, bo poza Calm the Fire, nic mnie tam nie zachwyciło. Za to zupełnie z zaskoczenia wzięły mnie Hinds, które okazały się być dużo lepsze na żywo niż na płycie i ich koncert był najlepszym, który widziałem na tym festiwalu.

    Kończąc, w przyszłym roku na pewno się wybiorę, ale bardziej z powodu miejsca i atmosfery, niż lineupu.

    • Ja nie widzę sensu na uruchamianie hali na jednokoncertową scenę – można to zrobić, dorzucając do już istniejących, nie tworząc niczego sztucznie, aby ładnie wyglądało w papierach. Mnie interesował właściwie tylko Main i Soundrive Stage, być może stąd moja niechęć.

      Nie mam problemu z liczbą ludzi, mi też się to podoba. Zarzut dotyczył bardziej wątpliwości, czy coś z tego „znajomkowania” wynika.

      • Nie sądzę, że uruchomienie W4 i B64 miało na celu tylko „ładne wyglądanie w papierach”, ale pokazanie ile jeszcze jest potencjału w terenach postoczniowych (zresztą w W4 mają się odbywać regularnie koncerty).