Moje spostrzeżenia i mini recenzje po pierwszych odsłuchach trzech debiutanckich albumów: Syd, Samphy i zespołu MUNA.

Zawsze powtarzam, że aby dobrze poznać i zrozumieć płytę, trzeba posłuchać jej kilka razy, dowiedzieć się czegoś więcej o procesie powstawania oraz spróbować się wcielić w twórcę, by motywacje i okoliczności stały się jasne. Ostatnio doszło jednak do mnie, że właściwie żadna dziedzina sztuki nie zajmuję się procesem krytycznym w ten sposób – recenzencji dostają zamknięte, skończone dzieło, poznają je, a później wypowiadają na jego temat.

Postanowiłem wystartować z serią (na pewno bardzo regularna, ale tak na pewno na pewno) „Po pierwszym odsłuchu”, w którym będę dzielił się opinią po pierwszym spinie albumu. Rzecz jasna – jeśli płyta sposoba mi się na tyle, że będę chciał do niej wracać, to także moja opinia może ulec zmianie. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Oprócz dwóch-trzech akapitów o samej płycie, albumy oceniać będę w dwóch skalach. Hajpometr to miara oczekiwań względem materiału (abyś wiedział, czy zależy mi na tym, by wydawnictwo było dobre), a punkt „ocena” jest raczej jasny, z tym, że to oczywiście werdytk po jednym (ewentualnie dwóch) odsłuchach.

Na początek, 3 lutego 2017 roku, startujemy z trzema debiutanckimi albumami: Syd, Samphy i tria MUNA.

Syd – FIN
hajpometr: 6/10
ocena: 6.0/10

Dostałem to, czego się spodziewałem. Tyle, że przy odrobinę prostszej propozycji podania. Syd nie ogranicza się na swoim solowym debiucie do jednego gatunku muzycznego, tym bardziej do trzymania jednego klimatu. I dobrze, bo wydaje mi się, że właśnie ta spójność zabiła świeżość i atrakcyjność ubiegłotygodniowej płyty Kehlani. A że i u członkini The Internet dużo osobistego i słodkiego mruczenia i prostego beatu, porównanie nasuwa się samo.

„FIN” kompiluje na jednym albumie to, co proponują nam NAO, Kelela i Kehlani czy momentami nawet duet THEY. Jednak słuchając płyty Syd miałem wrażenie, że ta próbuje na wszystkim oszczędzać. Najprostsze podkłady tam, gdzie rapuje, zbyt subtelne melodie tam, gdzie śpiewa. Marazm dopada nas już przy „Smile More” czyli numerze sześć. Ciekawiej robi się jeszcze przy „Body”, którym zachwycam się od dwóch tygodni, ale to wszystko.

Najlepiej wypada sam początek, z nowości podobają mi się „Know” i króciutkie „No Complaints”, bo są bardzo wyraziste, a tego oczekuję od przyzwoitego wydawnictwa, przynajmniej 3-4 utworów, które zapadną mi w pamięć. Posłuchaj „FIN” na Spotify.

Sampha – Process
hajpometr: 7/10
ocena: 7.5/10

No dobra, Sampha zaskoczył mnie kombinacją dźwięków. „Timmy’s Prayer” czy „(No One Knows Me) Like the Piano” odkrywały subtelną muzyczną stronę Brytyjczyka i myślałem, że cały „Process” będzie zbudowany na klimacie klasycznych klawiszy. Jednak sound w „Take Me Inside” czy „Reverse Faults” przypomina zdecydowanie bardziej jego przygody z SBTRKT-em niż dotychczasowe, solowe popisy. Bardzo mnie to cieszy, bo uatrakcyjnia materiał, a nadal pozostawia go w melancholijnych, zaciemnionych zaukłach.

„Under” natomiast mogłoby znaleźć się w soundtracku do Blade Runner 2049, ma odpowiedni futurystyczny i niepokojący klimat, ale jednocześnie aranż nie wylewa się z każdej szczeliny i pozostaje miejsce na oddech. I ten sampel na końcu!

Sampha nie zadbał o to, by „Process” pozostawił po sobie mocny ślad w naszej głowie, bo końcowe „Incomplete Kisses” i „What Slouldn’t I Be?” są zbyt statyczne, nawet jak na spokojne, lekko ambientowe kompozycje. Pan Sisay przygotował jednak naprawdę dobry debiutancki album. Oczywiście „Soudanza”, „Dual” oraz współprace z Jessie Ware czy Solange dużo mówiły o jego umiejętnościach i kreatywności, ale dopiero „Process” złożył to w całość. Smutas, który nie ogranicza się wyłącznie do prostych, łagodnych melodii. Posłuchaj „Process” na Spotify.

MUNA – About U
hajpometr: 3/10
ocena: 5.0/10

Amerykańskie trio złożone z Katie, Josette i Naomi zaczęło mnie trochę denerwować swoją muzyką po wydaniu „The Loudspeaker” EP, bo wszystko zaczęło przypominać bardzo rzewne emo ballady, w dodatku tak samo skontruowane. Postanowiłem jednak dać im jeszcze jedną szansę, przy okazji wydania albumu długogrającego. Jak skategoryzować muzykę zespołu? Najprościel będzie porównać ją do Shury (wszystkie członkinie Muny są queer) z dodatkową gitarą i delikatnym przesunięciem w stronę rocka, ponieważ gitarzystki Josette Maskin i Naomi McPherson, grywały wcześniej w zespołach ska i prog rockowych.

Bardzo lubię synthpop inspirowany latami 80. z rozwiniętym beatem (zarówno syntetycznym, jak i perkusjnym), ale w przypadku Muny i „About U” często kończy się na jednym schemacie. Dlatego kompozycje dziewczyn potrafią bardzo szybko zmęczyć. Niezależnie czy to w najbardziej znanych „Witerbreak” i „Loudspeaker”, czy też, w ujawnionych dopiero razem z całym albumem, „I Know A Place” lub „If U Love Me Now”.

Aranżacyjnie (odrobinkę) wyróżniają się: „Around U”, mocniej idące w stronę elektroniki, „After”, w którym, chyba po raz pierwszy od rozpoczęcia płyty, zmienia się tempo, a gitary stają się agresywniejsze, moim ulubieńcem jest znane od dawna „Promise”, które ma ładną melodię i bardzo wyraźny retro feeling, a najbardziej zaskoczony jestem przedostatnim „Everything”, które rozpoczyna się bardzo subtelnie i oszczędnie i nabudowuje atmosferę aż do wybuchu w refrenie, trochę przekombinowane i pretensjonalne, ale zdecydowanie mocniejsze i bardziej rockowe.

„About U” to dość monotonny średniak. Całość ratuje odrobinę bardzo świeży wokal Katie Gavin, który idealnie pasuje do girl popu z domieszką synthu. Niestety bardzo często gubi się pośród ściany dźwięku, która na pewnym etapie zamienia się w zwykłą papkę i trudno nawet wyróżnić odcienie dźwięków. Posłuchaj „About U” na Spotify.

***

Pierwsza partia za mną. Na pewno wrócę do „Process” Samphy. Być może, raczej wybiórczo, posłucham „FIN” Syd, nie wiem natomiast czy znajdzę czas na przeciętny materiał Muny. A czy Ty masz jakieś zdanie na temat tych płyt?