Mój 48-godzinny Raving czyli Tauron Nowa Muzyka 2016

Festiwal Tauron Nowa Muzyka 2016 dostarczył uczestnikom całego spektrum emocji: muzycznych uniesień, wybuchów radości, niemal mistycznych doznań (If you know what I mean), a także kilku chwil z płonącą wściekłością w oczach.

Dla mnie było to także 48 godzin bez porządnego snu i wykrzesywanie energii do żywiołowego tańca w momentach, w których nie podejrzewałbym sam siebie.

Tauron Nowa Muzyka to festiwal dla bardzo wybrednej i specyficznej publiczności. Nie ma co tego ukrywać. Na terenie Muzeum Śląskiego nie znajdziesz ludzi otwarcie przyznających się do słuchania Arctic Monkeys czy Florence and the Machine, a przecież w oczach wielu, to nadal muzyka alternatywna. Przez teren festiwalu przewijają się najróżniejsi ludzie – od młodych pań w topach i szpilkach, przez chłopaków w koszulkach „Pozdro Techno” oraz Sebastianów z Jessikami, aż po stateczne, starsze pary, które przybyły na koncerty w NOSPR.

Wszystkich łączy jedno – zamiłowanie do nowych brzmień i chęć zabawy. A skoro towarzyszy nam muzyka elektroniczna i impreza do białego rana, nie może zabraknąć nieśmiertelnego określenia – RAVING.

raving – the act of wild, out of control dancing to loud electronic/techno music along with lots of strobe lights and flashers (urbandictionary.com); także to ravebredzić, szaleć

cats ravingZrobiłem piękne wprowadzenie do „relacji” z festiwalu, ale nadszedł czas, by rozłożyć te 48 godzin na czynniki pierwsze. Im dalej w las, tym rzeczywistość bardziej się rozmazywała, co dobrze oddaje cały format katowickiej imprezy, więc moje samopoczucie tylko podkręcało intensywność odczuwania Nowej Muzyki 2016.

Teren festiwalowy i niezwyczajnie ludzcy ludzie

Muzeum Śląskie to naprawdę ciekawe miejsce, świetnie pasujące na teren małego festiwalu muzycznego. Spora przestrzeń na której zmieszczono aż sześć scen. Co prawda Main Stage nie przypomina regularnej, festiwalowej przestrzeni, bo jest co wielka, zimna, zadaszona sala konferencyjna, ale pozostałe robią, co najmniej, dobre wrażenie.

Tauron Nowa Muzyka to także festiwal dla wszystkich grup wiekowych. Mimo typowo rave’owego, duszno-imprezownego klimatu, spotkasz tutaj nastolatków, młodych dorosłych, ludzi w kwiecie wieku, rodziny z dziećmi i osoby po 60. roku życia. Wszystko odbywało się w zadziwiająco spokojnej atmosferze. Przez dwa dni obserwowałem i szukałem zwyrodnień i zadym, ale jedyne co znalazłem, to kilka miejsc przesiąkniętych zapachem trawki i jednego typowego techno-świra, który kwas albo piksy zalał dużą ilością alkoholu i czuł się jak gwiazda parkietu.

Z dziwnie pozytywnych ludków, w pamięć zapadł mi przede wszystkim ogromny Pan Miś w ortalionie, który świetnie bawił się obok mnie na Fakearze, a później przez dłuższą chwilę na A_Gimie. Był oderwany od tej festiwalowej rzeczywistości, a jednocześnie idealnie do niej pasował.

Muszę wspomnieć jeszcze o paniach. Byłem już na kilku festiwalach, ale takiego stosunku jakości do liczby kobiet, jeszcze nie widziałem!

cat is a djRozczarowania i odkrycia koncertowe

Na początku podsumuję gigi i sety tych, o których napisałem przed festiwalem. Fakear zagrał w oparciu o sampler (oczywiście, był to Native Instruments Maschine MK2, bo co innego?) i brzmiało to piekielnie dobrze – prawie godzina bujania, tańca i skakania. Tiga zabawiał publiczność równie gorąco, a namiot wybuchł oczywiście przy „Bugatti”, nie mogło być inaczej.

Na koncercie Battles jedyne, co mnie interesowało, to to, dlaczego talerz perkusisty był zawieszony na wysokości dwóch metrów. Możesz wnioskować więc, i słusznie, że Amerykanie nadal mnie nie przekonują. Dość mocno zraziłem się natomiast do Floating Pointsa, który dźwiękami przeraził wielu ludzi, spodziewających się zupełnie czegoś innego. Niektórzy po wejściu na salę, automatycznie robili krok wstecz. Widziałem takich wielu, bo obserwowałem wszystko z perspektywy tyłu Centrum Kongresowego, w którym mieściła się scena główna.

Bardzo słabym koncertem, nie ze względów muzycznych, był slot na Tent Stage, podczas którego występowali King Midas Sound & Fennesz. Mnóstwo dymu, widać było jedynie kolory świateł i kontury artystów – ok, konwencja i aranżacja przestrzeni. Ale występ przebiegał w tak ślimaczym tempie, że przysnąłbym nawet po dwóch potrójnych dawkach espresso. Długie wstępy i przeciąganie kompozycji. Byłem przygotowany, ale to przerosło nawet mnie.

A jak spisali się polscy artyści? A_Gim pokazał się z naprawdę przyzwoitej strony – energicznie, tłusto i mocno. Co prawda, Novika miała problemy z mikrofonem, ale dość szybko z nich wybrnięto. V/O w amfiteatrze – to był mój pierwszy koncert festiwalu. I… trochę meh. Nie zrozum mnie źle – występ był całkiem dobry, ale 35 minut muzyki downtempo przy świecącym słońcu i pustkach na publiczności, nie robi dużego wrażenia.

bouncing puppies
Polscy artyści na Tauron Nowa Muzyka 2016 zagrali poprawnie, ale w większości łagodnie, jak te bouncujące szczeniaczki.

Czas na plusy i minusy koncertów nieujętych w przedfestiwalowym wpisie. Sonar nie zagrał niestety lepiej niż w kwietniu na Spring Breaku, a cały występ popsuło pojawianie się Holaka – autora tekstów utworów zespołu, połowy duetu Małe Miasta, który próbuje sił jako solowy artysta. Nie kupuję go w ogóle. Chyba czas mu wytłumaczyć, że nie będzie drugim Taco Hemingway’em. Ludzie przyszli na Sonar i, po dwóch utworach, gdy na scenie pojawił się Mateusz – wyszli.

Oberwać muszą także organizatorzy. Przez odwołanie koncertu Roots Manuvy, spora część festiwalowiczów chciała wybrać się do Sali Kameralnej na występ pianisty, Lubomyra Melnyka. Jakież było nasze zdziwienie, gdy na piętnaście minut przed koncertem, dowiedzieliśmy się, że już nikt nie wejdzie na salę, mogącą pomieścić 300 osób. Podobna sytuacja miała miejsce w sobotę, przed koncertem Tarwater, choć wówczas, na facebookowym fanpage’u festiwalu, pojawiła się informacja o ograniczonej pojemności.

Muszę wspomnieć jeszcze o dwóch odkryciach festiwalu. Na te koncerty trafiłem przypadkowo. Na początku Kid Simius – Hiszpan, który zapełnił amfiteatr w ponad stu procentach, bo w 360°! Ludzie stali za artystami i za głośnikami. Ba, nawet za namiotem z którego muzycy wychodzą na scenę. DJ i multiinstrumentalista wystąpił w duecie i dał tak dobry, mocny koncert, że musi on przejść do historii sceny amfiteatralnej.

Gdy zrezygnowany wracałem z Floating Points wstąpiłem na mniejszą, zadaszoną scenę, której kuratorem było miasto Katowice, by sprawdzić kim/czym jest Baloji. Oficjalna strona festu wspominała, że to wokalista, kompozytor, instrumentalista i raper z Kongo. Brzmiało ciekawie. Okazało się, że zagra razem z czteroosobowym składem i rozwali tę budę, zwaną Carbon Continent Stage! Afrykańsko-karaibski funko-rapo-trance! Czujesz to? To było siedemdziesiąt minut czystej radochy, przypieczętowanej śpiewem „Happy Birthday”, bo 21 sierpnia, 70. urodziny obchodził członek zespołu, Papa Dizzie! Jeden z najlepszych koncertów mojego życia. A było to po 40 godzinach bez snu.

Wypatrzone ciekawostki

#01 Jednym z dziwniejszych zabiegów jaki widziałem, były kaucjowane, zwrotne, plastikowe pokale na piwo. Serio, takie z mocnego plastiku, sprowadzane z Czech. Przy pierwszym zakupie płacisz 4 zł więcej, a później pilnujesz go i prosisz o ponowne napełnienie. I ja rozumiem, że chodziło prawdopodobnie o zachowanie większego porządku, ale, ale – bajzel będzie zawsze, bo to impreza masowa. Jak nie plastikowe kubki po browarach, to śmieci po gastronomii czy Red Bullach.

#02 Bardzo chwalę sobie stoiska z winylami i płytami CD. Wybór spory, sprzedawcy spoko. Z panem z SeeYouSoon/WinylShop porozmawiałem o Nine Inch Nails, problemach z dostępnością winyli w Polsce i kulturze słuchania muzyki. A później kupiłem „Oh No” Jessy Lanzy na czarnym plastiku.

#03 Naprawdę rzadko zdarzało się, aby ktoś cykał foty, albo kręcił film na koncertach/setach. To było naprawdę świetne. Przez dłuższy moment, nie zwracałem na to uwagi, bo sam nigdy nie wyciągam telefonu z kieszeni w takich sytuacjach, ale później do mnie dotarło – „Hej, ludzie słuchają, tańczą, ale nie widzę smartfonów w górze!”

#04 Moim ostatnim koncertem pierwszego dnia Taurona był set JAAA!, który odbył się w sobotę o piątej rano. Na Tent Stage zostało może z trzydzieści osób. Wszyscy zmęczeni i/lub pijani. Ale także wszyscy gotowi przegibać kolejną godzinę i obejrzeć wschód słońca. To podczas tego koncertu widziałem jedyne dzikie macanki podczas całego festiwalu, co było na pewno dziwnym doświadczeniem, ale dodawało niezwykłego uroku całej scenerii, w jakiej znalazła się ta kilkudziesięcioosobowa grupa najwytrwalszych.

unicorn 3d
Tak czułem się podczas seta JAAA! – jak jednorożec na haju.

***

Przed wyruszeniem na Tauron Nową Muzykę 2016, wstałem w piątek o 9:00. Do swojego łóżka, w celu zażycia porządnej dawki snu, trafiłem w niedzielę o 10:00. Byłem po 48 godzinach zabawy i walki ze słabością organizmu. Było ciężko, ale niespodziewanie (bo jestem w tej kwestii bardzo wybredny) opłacało się.

Na pewno wrócę na teren Muzeum Śląskiego po kolejną dawkę ravingu i spontanicznych, muzycznych odkryć. Nie wiem, czy już w przyszłym roku (dwunasta edycja zaplanowana jest na 6-9 lipca 2017), ale na pewno jeszcze odwiedzę Taurona. Bo nie ma w Polsce drugiego festiwalu, podczas którego zjesz buritto, jednocześnie bujając się do techno w amfiteatrze, nie spiesząc się nigdzie. Wiedząc, że przed Tobą jeszcze cała noc zabawy.