Nowa płyta The xx jest prawdopodobnie najwyraźniejszym, muzycznym przykładem zmian, jakie dokonują się w życiu Millenialsów. Nawet, jeśli nie słychać tego w utworach, to niepokój, straty bliskich i potrzeba dojrzewania, są ciągle obecne na „I See You”.

Są takie albumy, po przesłuchaniu których od razu stwierdzasz – miernota. Są też oczywiście takie, choć rzadko, które od razu traktujesz jak objawienie i po jednej pętli wiesz, że zmienią Twoje życie. Jednak w większości przypadków, do upewnienia się, czy płyta niesie za sobą coś większego, ciekawszego, nie wystarczy jeden odsłuch. Nie wystarczy nawet dziesięć, dopóki nie poznasz historii stojącej za krążkiem. Możesz powiedzieć, że materiał powienien bronić się dźwiękiem, a nie legendami i sztuczkami prasowymi, i masz do tego prawo. Tylko z albumami jest trochę inaczej – to nie film, ze scenariuszem opowiadającym spójną historię, to bardziej etap życia zamknięty w dziesięciu-dwunastu utworach. A w życiu nikt nie jest tak poukładany i idealny. Także muzycy.

Dlatego od samego początku miałem proste założenie – zanim napiszę cokolwiek o „I See You” The xx, trzecim albumie grupy, przeczytam chociaż kilka różnych recenzji, choć jedną cover story, a płytę puszczę kilkukrotnie, by mieć pewność, że niczego ważnego nie przeoczyłem, bo byłoby to bardzo niesprawiedliwe w stosunku do brytyjskiej trójki.

Trudny okres dojrzewania

Następca „Coexist”, płyty z 2012 roku, powstawał aż cztery lata, w najróżniejszych zakątkach dwóch kontynentów. The xx nagrywali materiał w Londynie, Reykjaviku, Los Angeles, Nowym Jorku i teksańskiej Marfie, tuż przy granicy z Meksykiem. Potrzebowali czasu i spokoju, by znów się odnaleźć – jako muzycy, przyjaciele i dorośli ludzie. Brzmienie płyty odzwierciedla wiele zmian, jakie zaszły w życiu Romy Madley Croft, Olivera Sima i Jamie’ego Smitha podczas ostatnich lat. Paczka ludzi, która zna się od 15. roku życia (Sim i Madley Croft zdecydowanie dłużej) musiała zmierzyć się z rozłąką, intensywnym wchodzeniem w dorosłe życie, kolejnymi sukcesami i osobistymi tragediami. Jak wpłynęło to na smutnych, social-awkward indie gotów, którymi świat zachwycił się w 2009 roku? I czy ich muzyka jest tym samym, czym była jeszcze kilka chwil temu?

Na brzmienie „I See You” wpłynęło kilka ważnych czynników muzycznych. Jamie xx, po udanym solowym debiucie i trasie „In Colour” stał się bardziej otwarty i skory do przenoszenia swoich eksperymentów z samplami i tanecznymi melodiami na płaszczyznę głównego projektu. Romy chciała rozwijać swoje umiejętności songwriterskie, pracowała dość długo z Kelelą; później postanowiła zagłębić się w tajniki gitary, którą traktowała jako narzędzie pracy, a nie jako szansę na stanie się wirtuozem. Niestety z planów nie wyszło zbyt wiele, nie pomogła nawet Gemma Thompson z Savages, która była nauczycielką Madley Croft. Sim próbował żyć normalnie, ale, jak sam mówił, brakowało mu wyrazistego celu. Bardzo „pomocne” było także życie osobiste naszych Iksów.

Czas na bycie dorosłym

Jak to wszystko przekłada się na „I See You”? Trzecia płyta The xx nie jest już taka zwiewna, pięknie smutna i nastawiona na rozprawianie się z młodością. To materiał, który przekłada wszystkie obawy i doświadczenia artystów na język muzyki. Płytę otwiera „Dangerous”, przypominające całkiem wyraźnie starsze utwory, zmienia się tylko rytm, Smith od początku stawia na bardziej klubowe podstawy. „Say Something Loving” otwiera sampel z utworu Alessi Brothers z 1976 i pokazuje kierunek, w jakim poszła płyta. Utwór o romantycznym uczuciu, a może jednak o miłości braterskiej i bezinteresownej opiece: I don’t know what this is, but it doesn’t feel wrong.

To tym rozbujaniu, wchodzimy w najatraktycjniejszą część płyty, bo to od „Lips” zaczyna się najciekawsze. Kolejny wyrafinowany sampel (fragment soundtracku Davida Langa z „Młodości” Sorrentino, ciekawie, prawda?) przeciągnięty przed całą długość utworu, do tego znów taneczny, głębszy bit i subtelny dialog Madley Croft i Sima. Nad śpiewaniem do siebie, a nie przez siebie, także długo pracowali. „A Violent Noise” zmienia całkowicie swój wydźwięk, gdy dowiemy się o czym mówi. Wspomniałem, że Sim nie odnalazł się zbyt dobrze z dala od tras, scen i swoich przyjaciół. Poszukiwać dorosłego siebie zaczął w nie najlepszy sposób, od częstych nocnych eskapad i alkoholu. Warstwa electro ambientu, który wznosi się w pre-chorusie, gdy następuje także kulminacja tekstowa, to naprawdę ciekawy zabieg.

„Performance” brzmi właściwie jak standardowy utwór The xx, ale taki jakby jeszcze smutniejszy. A warstwy za wokalem Romy robią spore wrażenie, mieszając smyczki i gitarę, gdy wyśpiewuje You won’t see my hurting/When my heart it breaks. Po „Performance” wkraczamy natomiast w segment utworów, z dość wymownymi tekstami, odnoszącymi się do zmian, jakie wydarzyły lub ciągle trwają w życiu artystów. W „Replica” próbują oprzeć się, w ich mniemaniu nieuniknonemu, przeobrażeniu w osoby dokładnie takie, jak ich rodzice. They all say I will become a replica/Your mistakes were only chemical w towarzystwie melodii, jakby wyjętej z „In Colour” Jamie’ego xx. Natomiast „Brave For You” to utwór ważny, ale także powstający najdłużej. Autorem tekstu jest Madley Croft, która pierwszy raz odważyła się napisać o śmierci rodziców, dedykując im piosenkę, a melodię mozolnie dopracowywał Smith, by zadowoliła każdego. Kompozycja odrobinę przypomina mi muzykę Daughter, szczególnie w przejściach między refrenami a zwrotką, gdy odzywają się piękne bębny, w towarzystwie gitary.

„On Hold” z odrobinę przeszarżowanym samplem z utworu „I Can’t Go For That (No Can Do)” Hall & Oates zamyka centralną część płyty i rozpoczyna przypominanie o tym, że nadal słuchamy The xx. Jakby chcieli nam powiedzieć „Hej, to nadal my! Nie bójdzie się, nic się nie zmienia!”, jakby odrobinę bali się zdania słuchaczy. Przy „I Dare You” powraca temat mocnego zauroczenia i trudnych związków, a muzycznie niewiele się dzieje, oprócz głębi, gdzie Smith próbuje czarować modulowanym synthem. Kończące „Test Me” zaskakuje, ale nie odciska wielkiego piętna. Czaruje wolnym tempem i frazowaniem, a opowiada o przyjaźni, tak samo jak ma to miejsce na koniec „Coexist”. Tym razem mocniej i surowiej, bo sytuacja tego wymaga. Poluzowane więzy przyjaźni nie tak łatwo ponownie scalić – Test me, see if I stay/How could I walk the other way? Album kończy się instrumentalnym wyjściem, znów, w stylu solowego projektu Smitha.

Udana terapia grupowa?

The xx stworzyło album umiarkowanie ciekawy pod względem muzycznym, ale na pewno niezwykle ważny dla nich samych, bo to był test nie tylko dla projektu, ale także dla dojrzałych ludzi, którzy nie chcą stracić przyjaźni, choć napotkali na drodze kilka problemów. Odejście od ciepłych i minimalistycznych kompozycji, na rzecz tanecznego rytmu i sampli to rzecz ważna, bo wynikająca z doświadczeń scenicznych i chętni rozwoju, ale po wszystkim, co przeczytałem, mam wrażenie, że nagrywanie „I See You” nie było wyłącznie tworzeniem nowego materiału. Miało być także terapią grupową. I wszystko wskazuje na to, że udaną.

  • Adrian

    Pierwsza przeczytana przeze mnie recenzja na tym blogu, znalazłem przypadkiem poprzez albumoftheyear.org, jednak będę tu wracać po więcej. Dzięki wielkie!

    • O, czyli oprócz mnie ktoś, kto używa AOTY, fajnie :)
      Proszę bardzo, cieszę się, że wpadłeś!