Artyści z Izraela rzadko goszczą w moich słuchawkach (choć Asaf Avidan zagląda dość regularnie), więc gdy tylko zorientowałem się, że artystka ta mieszka w Tel Awiwie, nie mogłem powstrzymać się przed napisaniem o świetnej muzyce, jaką tworzy. Totemo to moje objawienie tego tygodnia. Pokażę Ci dlaczego.

Subtelny i hipnotyzujący wokal, delikatny, szlachetny, ale mroczny. I to co przechyliło szalę – wolne, ospałe, rozmarzone podkłady. Bit porównywalny do najlepszych tegorocznych odkryć – Kill J czy Marz Leon.

totemo2
zdjęcie: Eilon Bregman

Wiele pojedynczych elementów, które nakładane na siebie powodują, że odlatujesz – pogłosy czy skrzypnięcia, świetnie pasujące do dark chillwave’owych dźwięków czy electro ambientu.

Pierwszym utworem Totemo było „Whois”. Bardziej psychodeliczne, nierówne, gubiące w pewnych momentach rytm, z podwajanymi wokalami. Jeszcze bardziej mistyczne i metafizyczne, ale o radośniejszym odbiorze.

Najnowszy utwór Totemo, opublikowany 15 października i nazywający się „Heavy As My Dreams” zapowiada, ukazującą się 3 listopada, „Heavy As My Dreams EP” – pierwszą w dorobku artystki.

Tym razem Izraelka układa melodię z modnych w synthie i chillwavie uderzeń, co powoduje, że utwór przesiąka błogością i ciepłem. Dopieszcza ten stan swoim rozmarzonym głosem. I czujesz się, jak gdyby szeptała Ci do ucha opowieść o swoich marzeniach.

Na pewno dam znać, gdy tylko przesłucham cały minialbum Totemo. Uwielbiam takie dźwięki. Kojące, ale w swej łagodności tajemnicze i intrygujące. Zachęcające do zgłębiania wiedzy, która może okazać się zgubna.