Pojawili się nagle, zostawili nam cztery utwory robiąc wielki szum i powrócili do pracy nad muzyką. Tak potrafią zamieszać tylko najlepsi. Jeden z najciekawszych debiutów tego roku – Vallis Alps.

Vallis Alps zrobiło w styczniu wielkie zamieszanie w sieci, wydaniem pierwszej self-titled EP-ki. Nikt nie spodziewał się huraganu w ten leniwy, zimowy miesiąc, ale znikąd pojawili się synthpopowi newcomers i spowodowali, że serwisy i blogi muzyczne na obu półkulach oszalały.

Celowo podkreśliłem wrzawę po obu stronach równika. Wszystko ze względu na to, że duet tworzą Parissa Tosif z Canberry i David Ansari z Seattle. Australijsko-amerykański duet dokonał sporego wyczynu, bo już na początku 2015 roku zaczęto mówić o pierwszym muzycznym objawieniu roku. I to dość słusznie.

„Vallis Alps” EP to zaledwie cztery utwory i choć wydaje się, że na początku grudnia powinniśmy oczekiwać już czegoś więcej, choćby kolejnego singla, to za każdym razem, gdy odpalam rozpoczynające mini album „Young” mam wrażenie, że nic więcej mi nie potrzeba. Lekkość, zwiewność, łagodność, błogość i nutka tęsknoty. Za czym? Też chciałbym wiedzieć.

Parissa i David wcale nie pozostają w cieniu, nie chowają skrzętnie swoich twarzy, napisałbym, że raczej wręcz przeciwnie. Grają coraz więcej gigów, oboje przenieśli się w połowie roku do Sydney, gdzie rozpoczęli pierwszą australijską trasę koncertową. Dość często dają znać, że pracują nad materiałem. A mimo to, niczego nowego nam jak dotąd nie pokazali.

Bilety na ich klubowe koncerty wyprzedają się na pniu, a para delikatnie daje do zrozumienia, że właściwie nie wie dlaczego. Tak naprawdę w tym momencie mógłbym zakończyć wpis i nikt nie mógłby mieć do mnie większych pretensji, bo nie ma o co. Udało mi się jednak znaleźć kilka bardzo ciekawych informacji odnośnie materiału, który stworzyli/tworzą. Otóż niewydane dotąd utwory zawierają sporo gitary, co czyni je podobnymi do numerów The xx, a swoje wokalne partie otrzymuje na nich także Ansari, co może być bardzo ciekawym zabiegiem. Duet gra już nowe kompozycje na koncertach, a całość okrasza również coverami, m.in. „Blank Blood” z repertuaru Bon Iver. To wszystko brzmi naprawdę ciekawie.

David zdradził także, jakie jest jego muzyczne marzenie na najbliższe lata. Producent i multiintrumentalista uważa, że wielkim krokiem naprzód dla Vallis Alps, byłby występ na amerykańskiej Coachelli. Trudno się z nim nie zgodzić.

Para dość ściśle współpracuje z radiem triple j, występując na organizowanych przez rozgłośnię festiwalach czy imprezach klubowych. Stworzony został nawet krótki materiał wideo, w którym opowiadają jak to się wszystko zaczęło i że właściwie wszystko potoczyło się błyskawicznie.

Muzyka Vallis Alps jest porównywana do delikatnych, zwiewnych i zazwyczaj bardzo smutnych kompozycji London Grammar, Klo, Aquilo czy Wet. I oczywiście nie bez powodu. Bardzo gładki, subtelny i lekki wokal Parrisy w połączeniu z ze smukłymi samplami oraz syntezatorem i słodziutką, ciepłą gitarą Davida nie może nasuwać innych skojarzeń.

Minimalistycznie i rozgrzewająco w każdej warstwie i na każdym kroku.

Vallis Alps rozpoczęli rok od trzęsienia ziemi, podejrzewam, że zakończą 2015 bardzo spokojnie, ale wydaje mi się, że to dobrze. Bo w 2016 znów będą mogli uderzyć i sprawić nam mnóstwo frajdy swoimi nowymi dźwiękami.