Prowadzisz bloga muzycznego albo ciągle słuchasz nowych utworów – jesteś jak trener Pokémon. Zapamiętaj: nigdy nie złapiesz ich wszystkich!

Prowadzenie bloga muzycznego jest jak zbieranie Pokémonów. I tak samo, jak w przypadku trenerów Pokémon, nigdy nie dojdziesz do stanu, w którym będziesz zadowolony ze swojej kolekcji. Chcesz być najlepszy? Zawsze znajdzie się ktoś, kto spędza więcej czasu nad zgłębianiem tajników sztuki, a nawet gdy zbliżysz się do złapania ostatniego okazu, przychodzi najgorsze – kolejna generacja.

Myślę, że jest to naprawdę dobra metafora, pokazująca co robię. Pasuje ona także do ludzi, którzy chcą ciągle nadążać za nowościami w muzyce, niekoniecznie próbując układać wszystko we wpisach czy na playlistach. Tym razem posłużę się nią wyłącznie w kontekście blogowej rzeczywistości. Przez dwa lata prowadzenia Pana od Muzyki nabawiłem się muzycznego FOMO i nie potrafię spędzić dnia bez przesłuchiwania, ułożonych w grupy, kanałów, w których dostarczana jest mi nowa muzyka. A przecież wiem, że i tak nie przesłucham wszystkiego.

Muzyczna matematyka

Kilka dni temu znajomy zapytał mnie, ile właściwie piosenek przesłuchuję w ciągu tygodnia. Zacząłem wyliczać: codziennie (no, może poza poniedziałkami) od trzydziestu do pięćdziesięciu nowości na SoundCloudzie, w środy dwie, aktualizowane co tydzień, playlisty na Spotify (30-50 utworów każda), w piątek to samo, bo przecież New Music Friday. Do tego teledyski na YouTube, muzyczny stream na Tumblr, linki do nowości pojawiające się na Twitterze. No i na koniec chociaż raz, dwa razy w tygodniu audycje w BBC Radio 1. Lekką ręką 300 nowych utworów tygodniowo. A nie uwzględniłem w tym rozliczeniu całych płyt, których słucham dla “odprężenia” w weekendy, gdy jest spokojniej.

Ile z nich pojawia się na blogu? Moja siła przerobowa jest ograniczona. Odrzucając 60-70%, które zwyczajnie niczym nie zachęcają mnie do dłuższej znajomości, nadal pozostaje trochę ponad setka. Co niedzielę dodaję do playlist w okolicach trzydziestu pozycji, a w ostatnich tygodniach publikowałem nawet trzy wpisy dziennie, każdy dedykowany jednej piosence. Wychodzi na to, że na blogu, w ciągu siedmiu dni, pojawia się ok. 45 utworów. Mocna selekcja, prawda?

Ash vs streamingsTo tylko masa muzyczna, którą sam przeglądam i przesłuchuję. Ciągle nie wspomniałem o tej, która trafia do mnie samoczynnie. No prawie. Dla kogoś, kto czyta moje około branżowe wywody od jakiegoś czasu, kolejna adnotacja, że blog znajduje się na Hype Machine, może już nużyć, ale tak, ja znowu o tym blogowo-muzycznym agregacie. Wszystko z konkretnego powodu.

Zachodni twórcy niezależni (lub ciągle uważający się na artystów tego nurtu) traktują ten serwis jak świętość, a autorów podpiętych na HP jak proroków. Nic więc dziwnego, że w ten sam sposób reagują managementy i agencje PR-owe obsługujące muzyków. Tym samym, zdarza się, że na moją skrzynkę mailową, tygodniowo, przychodzą kolejne setki wiadomości. Ta liczba waha się od 100 do nawet (o zgrozo!) 250 wiadomości, wysyłanych z reguły poniedziałek-piątek. To mnóstwo muzyki, gorszej i lepszej, której już nie ogarniam. Często rezygnuję z dokładnego ich przeglądania. Dobrze być jednym z 730 liczących się na świecie autorów stron muzycznych. Ale to przytłaczające.

Mistrzem Pokémon zostaje się po latach ciężkiej pracy

Należy przecież pamiętać, ze Trener Pokémon może mieć przy sobie jednocześnie tylko sześciu podopiecznych, którymi walczy. Takie są zasady, ale także możliwości wykarmienia i opieki. Podobnie jest ze słuchaniem nowości i ich publikacją na blogu. Niezależnie od tego, który streaming jest moim ulubionym i ile czasu siedzę nad przeglądaniem, szukaniem informacji i dociekaniem, co i jak gra w środku, nigdy nie dam rady zapoznać się ze wszystkim, a co dopiero napisać o każdym artyście i utworze, o którym chciałbym!

To frustrujące, na pewno, ale momentami też zbawienne. Są takie chwile w których zaczynam wariować – chcę być najlepszy, przecież moim celem było zostać mistrzem Pokémon! Ale gdy w czwartkowe wieczory, dochodzę do zalążków stanów lękowych, przypominam sobie, że Ash Ketchum także nim nie został. Przepraszam, już poprawiam – JESZCZE nie został. Dlatego w piątek znów zasiadam z zapałem do przeglądania wydawnictw i rekomendowania najlepszych z nich.

Nie słuchaj, odpocznij

To właśnie z powodu nieodpartej chęci bycia zawsze najszybszym i najlepszym, nie podejmuję się wyzwania codziennej publikacji wielu, krótkich wpisów. Zabawny paradoks, prawda? Ostatnio próbowałem, ale widzę, że to droga donikąd. Albo w najlepszym wypadku do sanatorium w Ciechocinku.

Pomyślisz: on się pewnie usprawiedliwia, że nikt go nie czyta. Albo, że jest leniem. Możliwe. Ale ważniejsze jest coś innego. Nie możemy przesłuchać całej muzyki, bo to niewykonalne fizycznie. Nie powinniśmy jednak robić tego z jeszcze jednego powodu: po stu, dwustu, a u niektórych, trzystu utworach w tygodniu, znika przyjemność. Wszystko robimy mechanicznie, każdy kawałek brzmi tak samo, nic nas nie ekscytuje, z żadnej piosenki nie czerpiemy przyjemności. Nabawimy się za to migreny, frustracji i zaczniemy powątpiewać w nasz słuch i powołanie.

Chciałbym znać wszystkich, przesłuchać wszystko, być wszędzie. Ale tak nie da się żyć. Można próbować, ale to próby daremne. Wpłyną niekorzystnie na wiele aspektów życia. Pora delikatnie przystopować, by móc na nowo cieszyć się z muzycznych przygód.