Fot. Alicja Pasella

Fanka Kevina Parkera z Tame Impala, której symbolem powoli staje się pluszowy miś. Do tego domatorka i melancholijna dusza, tworząca niezwykłe, baśniowe dźwięki. Poznaj Erith.

Młodych artystów najczęściej porównuje się do muzycznych gwiazd, po to, by pokazać jak najszerszemu gronu ludzi, czego można się po takim projekcie spodziewać. W przypadku Erith, skojarzeń nie ma zbyt wielu, nawet wśród bardzo doświadczonych i rozpoznawalnych, bo kreowane przez nią brzmienia wymykają się z jakichkolwiek ram. A może spodobają Ci się terminy „słowiańska Björk” lub też, patrząc na jej ostatnie próby „kobiece alter ego Nicolasa Jaara”?

Erith to solowy projekt Martyny Biłogan, gliwiczanki urodzonej w 1994 roku. Oficjalnie, wszystko rozpoczęło się w maju 2015, kiedy to w sieci pojawił się kawałek „In the Way”, a za tuż nim kolejne trzy utwory, które zaczęły kreować tę muzyczną osobowość.

Ciekawych rzeczy możemy się jednak dowiedzieć o artystce, zaglądając na jej konto na SoundCloudzie – znajdują się tam aż trzy kompozycje z wcześniejszego okresu, różniące się od obecnego brzmienia Martyny. Mieszanka bluesa, progresji i folku, to w takiej stylistyce swoich sił próbowała na początku.

Maj i czerwiec ubiegłego roku były dla Erith bardzo pracowitymi miesiącami, bo to wówczas powstały „studyjne” wersje sporej części jej utworów, nagrywane w mieszkaniu.

Przy „Don’t go” doskonale słychać w którą stronę skręca jej brzmienie: elektroniczny rytm, przeplatany szczątkowym udziałem gitary i mnogimi liniami wyjętymi z trip hopu, połączony z wokalem, który wykorzystywany jest jako instrument wieńczącego dzieło. Rozpościerająca się aura, od razu nasuwa skojarzenia z mrocznymi baśniami i historiami opowiadanymi przed snem, w szczególności niegrzecznym dzieciom.

Martyna nie ucieka od tych skojarzeń, bardzo się z nimi utożsamia. Przecież pseudonim „Erith” niejako powstał po to, by dawać sygnał – liryczność, oniryzm i snucie opowieści przede wszystkim! Artystka stworzyła go, poszukując elfickiego imienia dla swojej postaci w grze komputerowej.

Dość prędko w młodej dziewczynie ze Śląska, zaczęto upatrywać, i bardzo słusznie, wielkiej nadziei na wprowadzenie czegoś nowego i świeżego na polską scenę muzyczną. Porównania do Kari Amirian, wydającej w tamtym czasie pierwszą płytę Oly., Enchanted Hunters, czy Coals, były jak najbardziej słuszne. A przecież Martyna Biłogan nie zagrała jeszcze solowego koncertu! Ten miał miejsce 3 października podczas OFIfestu w Zabrzu.

Po raptem paru występach, przyszła pora na support, podczas kilku koncertów The Dumplings. To właśnie w listopadzie i grudniu znów wzmogło się zainteresowanie muzyką Erith.

Twórczość gliwiczanki można w tym momencie podzielić na dwa etapy, co sugerują również miniaturki klipów na YouTube – wiosenno-letni, w którym powstały folkowo-akustyczne kompozycje, nieśmiało podaranżowywane elektroniką, i jesienno-zimowe, już mocno skąpane w loopach, samplach, przesterach, śmiałym eksperymentowaniu i czarowaniu wokalem. Erith rozwija styl z każdym kolejnym utworem, szukając i odnajdując siebie. Pojawia się wiele pewności w dobieraniu dźwięków, zabawy i podejmowanie ryzyka – zwalnianie tempa, niepostrzeżone przechodzenie w progresje i nieregularność. To musi się podobać każdemu, nawet, jeśli na co dzień nie spotyka się z takimi numerami.

Coraz dłuższe kompozycje i zgłębianie tajemnic downtempo, deep house’u i delikatnego urban – podejrzewam, że Burialowi albo Flying Lotusowi bardzo spodobałyby się ostatnie kompozycje Erith, a Tricky, zamiast Franceski Belmonte, powinien zaprosić na kolejny album właśnie Martynę. Szczególnie, biorąc pod uwagę jej występy live, podczas których, pokazuje się z coraz lepszej strony i hipnotyzuje słuchaczy sennymi dźwiękami oraz sceniczną naturalnością.

Na wstępie użyłem zwrotu „kobiece alter ego Nicolasa Jaara”, teraz nadszedł moment obronić swoje stanowisko. Jestem zachwycony tym, w jaki sposób Erith spisuje się w roli DJ-a i producenta, bo przecież jej koncerty, to trochę takie sety, a 12-minutowy utwór „The very eye of night”, który udostępniła na Facebooku, to kwintesencja space electro połączonego z nawiązaniami do słowiańskiego i nordyckiego folkloru. Martyno, myślę, że Boiler Room czeka na Ciebie!

Do występów na dużych festiwalach jest jeszcze moment, ale już showcase’owy Spring Break będzie w 2016 gościł Erith. A to taki nasz przedsionek. Jeśli zostanie wykorzystany, a management, którego Martyna się już dorobiła, postara się z całych sił, to być może dźwięki młodej Polki raczyć będą już niedługo uszy większej rzeszy fanów.

W „Klasie 2016” Pana od Muzyki panuje taki zwyczaj, że jej członkowie dorzucają do tekstu coś od siebie. Martyna postanowiła opowiedzieć co nieco o swojej twórczości.

Pierwsze kroki

Na początku zależało mi tylko, żeby zrealizować projekt dotyczący jednej piosenki, Nie wiedziałam z kim mogłabym ją nagrać, ostatecznie nagrałam ją sama. Zorganizowałam sprzęt, nie wiedziałam wtedy, jak to wszystko działa, ale nie czekałam. Jestem niecierpliwa. Nagrałam „In the Way”, wrzuciłam do sieci, tyle. Ludziom się spodobało, zaczęłam się zastanawiać, dlaczego nie dać od siebie więcej?

Najbliższe plany

Najbliższe plany to oczywiście koncerty, teledysk, może płyta. Planuję też kupić sobie kolejnego misia i pójść na coś fajnego do kina.

Inspiracje

Floex, Phealeh, Tame Impala, także twory mojej podświadomości, myśli zdezorientowanego umysłu. hyhy.

Utwory, które polecasz