Wet – Don’t You, Columbia/Sony Music Entertainment
Premiera: 29/01/2016, Długość: 11 utworów/41 utworów

Wet powstało, by opowiadać o negatywnych emocjach. Gdy Kelly Zutrau, Marty Sulkow i Joe Valle poznali się na drugim roku studiów, nie planowali zakładać zespołu. Dopiero ciężkie rozstanie Kelly spowodowało, że nagromadzone emocje trzeba było przelać na papier. Projekt narodził się po pięciu latach od pierwszego spotkania. W październiku 2013 roku wydali EP-kę, którą stworzyli sami – od początku do końca. Dopiero kilka miesięcy później podpisali kontrakt z Columbia Records. “Don’t You” to efekt prawie czterech lat pracy. Tym razem do pomocy mieli cały sztab ludzi, pomagali im nawet Patrick Wimberly z duetu Chairlift czy Robin Hannibal z Rhye. To mogło mieć spory wpływ na efekt końcowy, bo jak przyznali, nie wszystko robili swoim systemem.

Płyta powstała w spokoju, ciszy i przy ogromnej przestrzeni. Zespół, by stworzyć debiutancki album, na początku 2015, przeniósł się do domu z ogródkiem w zachodnim Massachusetts. Dostali również dużo czasu.

Od początku miałem ogromny problem ze spokojnym słuchaniem i jakimkolwiek ocenianiem “Don’t You”. To jeden z albumów, na który szczególnie mocno czekałem na początku tego roku. To płyta tria, z którym jestem od początku i które uwielbiam. Ale to także materiał niezwykle mętny (choć ładny), przesiąknięty melancholią, subtelnością i powielaniem elementów. W pewnym sensie to dobrze.

Doszedłem do wniosku, że dobrze się stało, iż płyta brooklyńskiego projektu brzmi tak, a nie inaczej. To dobra synteza całego nurtu, z którego Wet niewątpliwie się wyróżniają. Smutny synth, ciepłe, wolne brzmienie gitary, aranżacje wyjaśniające, że tej muzyki należy słuchać pod kocykiem, albo wychodząc na spacer po wiosennym deszczyku. To płyta o miłości i trudnych wyborach, ale stworzona tak, jakby nie chciano nas przekonać, że będzie to nas kiedykolwiek dotyczyło. Gdy zbierzemy ciaśniutko cały anglosaski hipsterski synthpop i mocno go ściśniemy, powstanie właśnie ta płyta. Coś pomiędzy muzyką The xx i Chvrches a Jessie Ware. Alternatywnie, ale łagodnie i łatwo przyswajalnie.

Marty i Joe są ogromnym wsparciem dla Kelly od początków Wet. To także oni wpadli na pomysł, z jakimi dźwiękami należy połączyć głos Zutrau. I faktycznie, to działa, ale jak w przypadku wielu pojawiających się dzisiaj płyt, brzmienie spóźnione jest o kilka lat. Gdyby “Don’t You” w takiej postaci ukazało się pod koniec 2013, gdy wydano “Wet” EP, można by mówić o powiewie świeżości. Niby nadal nim jest, ale oczekiwałem czegoś więcej.

Tylko dwa utwory z “nowej” część albumu zrobiły na mnie wrażenie. “Move Me” uderza otwierającą frazą “Call me by my real name/Call me all the time”, która niesie cały utwór. Natomiast “Island” zawiera wszystko, co tak cenię w muzyce tria – piękną, delikatną melodię, zabawę frazą, czysty i wysoki głos oraz historię opowiadaną z perspektywy ciągłej niepewności.

Płytę niesie anielski, delikatnie chłodny wokal Kelly Zutrau i rozleniwiony synth, wciskany wszędzie. Brzmi to świetnie, szczególnie, gdy nie słuchamy “Don’t You” w całości, ale spotykamy się z poszczególnymi utworami. Bo to płyta przeciętna, zawierająca jedenaście, bardzo dobrych singli. 6/10

Najlepsze utwory: It’s All in Vain, Weak, Islands, Move Me

Pierwszego stycznia obiecałem sobie, że w 2016 poznam historię 52 płyt. Dowiem się jak powstawały, co sprawiło, że brzmią tak, a nie inaczej i co chcą nam przekazać. Tak narodził się cykl „Płyty Roku”.